Relacjeprzemek

Colours of Ostrava – dzień czwarty

Relacjeprzemek

Colours of Ostrava. Dzień czwarty
Ostrawa/20.07.2014

Kowboje na speedzie, piękne kobiety, różowe króliki i John Newman w roli wisienki na torcie.

Colours of Ostrava 2014 dobiegł końca. Niestety. Ale zanim to nastąpiło mogliśmy jeszcze posłuchać wybornej muzyki w wykonaniu m.in. Trio Johna Butlera, The National, La Yegros, The Great Malarkey, Goat czy Johna Newmana. Ostatni dzień w Ostrawie wypełniony był perełkami, których przynajmniej raz w życiu trzeba posłuchać i zobaczyć na żywo.

Czwarty dzień festiwalu rozpoczął się od mocnego uderzenia od The Moonshine Howlers. Czeskiego zespołu, który inspiracje dla swojego brzmienia bierze najwyraźniej z mocno podkręconych westernów. Kowbojskie kapelusze, mandolina, skrzypce, banjo, kontrabas i tylko wypatrywać Johna Wayne’a przytupującego z boku sceny. Chociaż… Wayne i wytatuowani faceci roznoszący scenę w drzazgi? Nie bardzo pasują do siebie. Jeśli jednak wy chcielibyście posłuchać dobrej muzyki rodem z dzikiego… eee… południa, to gorąco zachęcam do zapoznania się z dorobkiem zespołu. A gdybyście potrzebowali więcej tego typu wrażeń, to polecam także The Great Malarkey. Wokalistka Alex Ware-Woolf wie nie tylko jak wykrzesać iskry ze strun gitary akustycznej, jak śpiewać z pasją, która przenosiłaby góry ale też jak łączyć to z szaleństwem na scenie, skakaniem po głośnikach, rzucaniem się w publiczność i bieganiem wokół sceny. Jako inspiracje zespół wymienia: The Dead Brothers, Toma Waitsa, Fanfare Ciocarlia, The Pogues, Gorana Bregovica, Beirut, Manu Chao, Wire, Milesa Davisa, Jacquesa Brela, The Buzzcocks. Mieszanka wybuchowa? Takie właśnie jest The Great Malarkey. W ich muzyce znajdziecie punk połączony z folkiem, blues z muzyką rodem ze wschodniej Europy.

Gdyby jednak bardziej pociągały was rytmy z południowo-zachodniej części świata, satysfakcjonującym koncertem okazałaby się La Yegros. Pochodząca z Buenos Aires wokalistka specjalizuje się z muzyce cumbia, folku połączonym z elektroniką i chamamé. Co prawda jej koncertu przyjemniej słuchałoby się na plaży, przy szumie oceanu i widokiem na palmy, ale industrialna przestrzeń Dolnych Vitkovic też nieźle dawała radę. Mariana Yegros oczarowała publiczność, swoim zmysłowym, wirującym tańcem sprawiła, że nie można było oderwać od niej wzroku, a ciepłymi, radosnymi kompozycjami, że nie można było przestać jej słuchać. Konkurencją nie byli nawet grający w tym samym czasie na głównej scenie panowie z John Butler Trio.

John Butler Trio zapoczątkowali galopadę gwiazd przez scenę główną tego dnia. Koncert rozpoczęli od utworu “Used to Get High”, następnie wykonali “Pickapart”, “I’d Do Anything” i “Only One”. Publiczność musiała chwilę poczekać na takie hity jak “Ocean” czy “Zebra”, które zresztą brawurowo wykonała razem z Johnem Butlerem. Koncert zaliczam do udanych, ale nieszczególnie porywających. Po nieco ponad godzinie od jego zakończenia, nad sceną główną znowu rozbłysnęły światła ale tym razem w roli głównej wystąpili The National. Część polskich fanów być może jeszcze miała w pamięci koncert z Warszawy sprzed trochę ponad miesiąca i to oni musieli czuć się najbardziej zawiedzeni. Setlista w stosunku do występu z Parku Sowińskiego została okrojona, zabrakło na niej np. “Sorrow”, “Lit Up” czy “Converstaion 16″. Reszta, z dość mało istotnymi przesunięciami, pokrywała się. Koncert rozpoczął się od “Don’t Swallow the Cap”, a zakończył “Terrible Love”. Ale jak wykonanym “Terrible Love”! Jeszcze podczas przedostatniego kawałka – “Mr. November” – Matt Beringer sforsował barierki i ciągnąc za sobą przedługi kabel od mikrofonu, zagłębił się w publiczność. Spacerował pośród niej będąc dotykanym, głaskanym, czochranym po głowie, a przy tym nie fałszując ani jednego dźwięku “Terrible Love”. Gdy utwór dobiegł końca, Matt zniknął słuchaczom z oczu. Cóż, festiwal rządzi się swoimi prawami i jakkolwiek fantastyczny występ by nie był, nie ma czasu na bis, bo trzeba rozstawiać sprzęt dla następnej kapeli.

A następny – i jednocześnie ostatni – czekał w kolejce John Newman. Przyznam, że wzbudziło to we mnie podobne odczucia, jak dzień wcześniej ustawienie Bastille za Robertem Plantem. Chciałam się zbuntować, zapytać dlaczego zespół który może pochwalić się obecnością na rynku muzycznym kilkanaście lat, który wydał kilka świetnych płyt, który ma swój niepowtarzalny styl, świetne brzmienie i charyzmatycznego wokalistę, gra przed artystą, który album wydał jeden i w dodatku zasłynął poprzez remiks swojego utworu. Ale kiedy Newman wszedł na scenę  zaczął wykrzykiwać, że wszystko (publiczność, festiwal, pogoda) jest “fucking awsome” i “fucking incredible”, zaczął tańczyć i śpiewać, uświadomiłam sobie, że nikt inny nie zamknąłby tego festiwalu lepiej. John Butler Trio zrobiliby to nijak, The National “na smutasa”, Shaka Ponk z pewnością zapewniliby doskonały materiał na dyskotekę, ale są zbyt mało znaną i rozpoznawalną marką aby ściągnąć pod scenę kilkanaście tysięcy ludzi. A Newman może i nie tworzy wyrafinowanej, ambitnej muzyki, może nie jest wybitnie oryginalny, ale potrafi zrobić show. Takie, żeby owe kilkanaście tysięcy osób zapamiętało je na długi, długi czas. Żeby podczas tej ostatniej godziny Colours of Ostrava publiczność czuła, że nikt na świecie nie bawi się właśnie lepiej. Żeby też mogła tańczyć, skakać i śpiewać, a także czuć niedosyt, kiedy wokalista zszedł ze sceny nie wykonując swojego największego przeboju – “Love Me Again”. Chwilę musiała namawiać go brawami i krzykami do powrotu. Ale wrócił, wykonał, świat został uratowany, a Colours of Ostrava 2014 mogło przejść do historii.

Sandra Kmieciak