Coma – “Czerwony album”

Coma – “Czerwony album”
Mystic / 2011

Czwarte wyjście z mroku?

Ostrzeżenie: recenzja zawiera treści, które mogą urazić lub zirytować grupę ludzi zwaną “hejterami grupy Coma”. Autor nie odpowiada za przypadkowe ataki na monitor lub inne przedmioty znajdujące się w promieniu jednego metra od rąk osób obrażonych/zdenerwowanych. Sorry.

Witamy ponownie w XXI wieku, gdzie nie dzieje się nic dobrego. Ponoć koniec świata ma nadejść w tym miesiącu (o czym słyszy się z częstotliwością kilku razy do roku), a skoro tak ma niby być, zespół Coma zdążył wydać płytę, zanim wszyscy nie pomrzemy w wyniku upadku gigantycznej komety, która wybije nas jak dinozaury. Niektórzy zapewne woleliby, żeby ten album nie ujrzał światła dziennego, ale niestety, to nie Wasz dzień.

Jakoś zawsze miałem słabość do tego zespołu, przede wszystkim pod względem muzycznym. Ten quasi-metal, który ulegał stopniowej ewolucji na przestrzeni lat doprowadził do tego, że Coma ma niesamowicie dobry warsztat i obecnie stała się jednym z najbardziej profesjonalnych pod tym względem zespołów rockowych w naszym kraju. Choć tak jak większość ludzi, czasem nie potrafię zrozumieć, co pan Rogucki w swoich tekstowych gdybaniach miał na myśli, twierdzę, że zarówno kwartet instrumentalistów grupy, jak i sam wokal, barwa głosu pan Piotra są porządne (gosh, jak ja nie znoszę tego pisać) jak na warunki polskie.

Po średnim albumie solowym Roguckiego przyszedł czas na album rodzimego kolektywu. Tym razem bez żadnych dziwnych, pokręconych i zmanierowanych nazw, tym razem jest to “Czerwony Album”. Rozumiem, że jest to ukłon w stronę grupy Weezer, która takie albumy wydała już nawet dwa. Rozumiem też, że tym razem zespół, o czym sam informuje, chce nas wciągnąć w swoje sidła i każe nam wysilić się w celu stworzenia swojej własnej interpretacji, dlaczego nie ma nazwy, dlaczego płyta jest tak wściekle czerwona. Dla mnie odpowiedź jest prosta: dla marketingu. Okładka przykuwa wręcz wzrok, rozjusza hejterów, a zawoalowana otoczka pt. “wymyśl sobie, o co nam chodziło” to idealne zadanie dla fanów Comy, którzy często próbują zrozumieć warstwę ideologiczną, liryczną w utworach tego zespołu.

Natomiast mogę bez wątpienia zgodzić się z tym, że nowe wydawnictwo łodzian to faktycznie coś nowego porównując je z poprzednimi dokonaniami grupy. Dwanaście kompozycji stanowiących “Czerwony Album” w sporej mierze zarówno pod względem muzyki, jak i tematów, którymi zajmuje się Rogucki w swoich tekstach. Na samo wejście otrzymujemy dosadny komunikat w utworze “Białe krowy” oznaczający, że jeśli nie rozumiemy metafor, możemy na dobrą sprawę się wynosić. Jeśli nałożymy sobie jednak maskę absurdu, a tekst ten potraktujemy z dozą pobłażliwości, możemy przenosić się po wszystkich utworach odkrywając coraz to nowe detale, które z pewnością są na plus dla zespołu.

Muzycznie zespół przebił sam siebie, szczególnie w utworach spokojniejszych. “0 Rh+” z post-rockowym budowaniem nastroju, gitarami stylizowanymi na brzmienie God Is an Astronaut i rozpędzającą się perkusją jest jednym z najlepszych kawałków w całej twórczości zespołu Coma. Wieńczące album “Jutro” z rockowo-walczykowym, bujającym się motywem i stosunkowo czytelnym tekstem Roguckiego też stanowi niezwykle mocną pozycję, która powinna się także spodobać fanom nieco starszym, gdyż gitarowe motywy są zbliżone do typowych rozwiązań na linii Witczak-Kobza, co z pewnością wielu ucieszy. Poza tym na albumie słychać echa innych zespołów: “Deszczowa piosenka” korzysta ze struktury utworów System of a Down, refren w “Woda leży pod powierzchnią” to typowo polskie, rockowe granie spod znaku takich grup, jak Lipali czy Illusion, a “Gwiazdozbiory” brzmią jak Therion w wersji z “Gothic Kabbalah” czy “Sitra Ahra”.

Oczywiście nie wszystko na tej płycie tyka jak należy. Czasami utwory najzwyczajniej w świecie nudzą, momentami brakuje pomysłów na rozwiązanie tych problemów. Wspomniane wcześniej “Gwiazdozbiory” irytują riffem, “Białe krowy” powiewają brakiem innowacyjności, a singlowe “Na pół” wydają się być tym, czym dawno temu była “Daleka droga do domu” – radiowym czasoumilaczem, który okazuje się być jednym z najsłabszych punktów na albumie. Tekstowo Rogucki też czasem nie domaga. Fragmenty “0 Rh+”(“soczysty befsztyk z musztardą” WTF?!), “Angeli” (“do tego mi wystarczy/reklamówka foliowa” – aż szkoda, że piosenka o planie zamordowania musi być tak niesamowicie dosadna) proszą się o pomstę do nieba, ale kilka fraz w “Jutrze” czy “Rudym” pokazują, że wokalista Comy nie jest do końca takim grafomanem, jak myśli o nim wielu ludzi.

“Czerwony Album” to duży skok w przypadku tego zespołu. Już “Hipertrofia” pokazała, że koncepty to coś w czym Coma się odnajduje, więc nowy album jest jego swobodną kontynuacją. Nie jest to płyta wybitna, ale ma swoje momenty pokazujące, że nie warto często stawiać kogoś z góry na przegranej pozycji, gdyż ten nie raz może jeszcze przyjemnie zaskoczyć. Można na nich psioczyć i narzekać, ale nie zmieni to faktu, że jest to obecnie jeden z najbardziej popularnych zespołów w naszym kraju i nowa płyta raczej utwierdzi ich jeszcze bardziej w tej pozycji. W tym przypadku na to zasługują.

Kuba Serafin