Cults – “Cults”

Cults – “Cults”
Columbia/2011

Wakacyjna przejażdżka na słodko, czyli dream pop lat minionych z gitarowym lo-fi.

W związku z tym, że mamy ostatnio boom! na muzykę spod znaku lo-fi, jak grzyby po deszczu, wyrastają kolejne bandy garściami czerpiącymi z popu lat 60. czy 70. i surf rocka spod znaku Beach Boys. Więc zaprezentować się i znaleźć dla siebie miejsce w tej dziedzinie jest coraz trudniej. Niektóre zespoły muszą naprawdę się wykazać i nagrać dobry krążek, inne mogą liczyć na zabiegi marketingowe wytwórni, a o pozostałych nie usłyszymy. Cults ze swoim debiutanckim albumem wpisują się do listy pod drugą grupą. Słychać o nich było już rok temu, kiedy to wydawali pierwszy singiel i ten “szał” był podtrzymywany kolejnymi singlami, aż do wydania długogrającego albumu. Trzeba przyznać, single są naprawdę dobre, ale reszta albumu pozostaje bezbarwnym wypełnieniem. Zaletą tego duetu pochodzącego z San Diego, jest na pewno jego damska połowa, czyli Madeline Follin, która posiada bardzo ładny, gładki głos, który idealnie wpasowuje się w wakacyjny nastrój.

Płyta zaczyna się naprawdę mocno. Trzęsienie ziemi w postaci rewelacyjnego “Abducted” z niesamowicie nośnym refrenem i mrocznym klimatem. Następnie singlowy ( no.1 ) “Go Outside”, który jest zupełnym przeciwieństwem i rozleniwia nas dźwiękami cymbałków i kołysankowym przeciągającym śpiewaniem. “You Know What I Mean” ma szczęśliwie mocny akcent w refrenie, który uwidacznia ten utwór, bo po następnym “Most Wanted” z “surffer” gitarą i lekko orientalnym sznytem, jest już tylko jedna piosenka, która nazywa się “pozostała część albumu Cults”. “Bad Things” jak i pierwszy utwór ciągnie chłodem, a poprzez swoje pianino i chóry w refrenie strasznie – kluczowe słowo – przywodzi na myśl Dead Man’s Bones. Dodatkowo celnym spostrzeżeniem jest, że cały krążek mógłby spokojnie zastąpić ścieżkę dźwiękową do Grease, a gdyby członkowie zespołu wyglądali jak Olivia Newton John i John Travolta… nawet bym się nie zdziwił. Przesłuchajcie “Bumper” i powiedzcie co innego!

Proste popowe melodie, śliczny – troszeczkę może przesłodzony – głos wokalistki i teksty, które można śpiewać po pierwszym przesłuchaniu (można odnieść wrażenie, że piosenki są stworzone tylko z refrenów ). Ta płyta nie jest zła. Ona jest nawet wakacyjnie dobra. A jeśli czujesz obecnie motylki w brzuchu, możesz zwymiotować tęczą od nadmiaru słodyczy… i uznać tą płytę za rewelacyjną! Szkoda, że to troszkę za mało na to, żeby zagościć w odtwarzaczu na dłużej.

Tomek Milewski