Cytadela – “RED SQL”

cytadela-red-sql.jpg Cytadela – “RED SQL”
Sonic Records/2009

Cytadela debiutowała pod koniec lat osiemdziesiątych jako grupa zimnofalowa, w której swoją karierę zaczynali między innymi późniejsi muzycy Wilków, T. Love czy Partii. W obecnym obliczu  zespołu trudno jest się jednak doszukać nowofalowych brzmień. Zmiana ta nie powinna wszakże wcale dziwić.

Dlaczego? Powód jest prosty. Z tych zimnofalowych kapel, które utrzymały się na muzycznej scenie do dnia dzisiejszego, każda przeszła mniejszą lub większą ewolucję. I tak na przykład Variete wplotło do swojego brzmienia elementy jazzu i bardziej konwencjonalnego rocka, Made In Poland po reaktywacji gra ciężko i transowo, 1984 zaczęło czerpać z industrialnego rocka. Cytadela skierowała się z kolei ku muzycznemu eklektyzmowi, co dało się usłyszeć już na jej poprzedniej płycie – wydanej w 2006 roku “Królowej śniegu”.

Na nowym albumie otrzymujemy więc solidną porcję bardzo zróżnicowanych utworów. Zaczyna się łagodną, niemalże pop-rockową “Sztuczną dziewczyną” (co, swoją drogą, stanowi niezły kontrast dla poprzedniego albumu, gdzie po krótkim intrze uszy słuchaczy atakował ostry punk rock). Później natomiast słyszymy m.in. syntetyczne, bezduszne brzmienia w tytułowym “RED SQL”, transowe “Milczymy”, elementy muzyki etnicznej w “Nie ma spadających gwiazd” i “Yalla Yalla”, a także trudny do jednoznacznego sklasyfikowania, intrygujący “Nato Express” i promowane ciekawym teledyskiem “Ostatnie tango w Moskwie”. Warto w tym miejscu dodać, że całość uzupełniają inteligentne, dobrze napisane teksty – równie eklektyczne jak muzyka.

“RED SQL” to dobry, ambitny i dojrzały album, świadczący o sporej muzycznej erudycji lidera Cytadeli Wasyla i towarzyszących mu kolegów. Pod względem brzmienia i poziomu wykonawczego nie odstępuje ani na krok produkcjom czysto komercyjnym. Obawiam się jednak, iż płyta ta pozostanie kompletnie niezauważona – dla starszych fanów może się ona okazać nie do przyjęcia z powodu zmiany brzmienia zespołu. Potencjalni nowi słuchacze z kolei pewnie nawet o niej nie usłyszą.

Michał Karpowicz