Relacjeprzemek

Czasem słońce, czasem deszcz – relacja z Open’er Festival, część 2

Relacjeprzemek

Czasem słońce, czasem deszcz – relacja z Open’er Festival, część 2
4.07.2013/Gdynia

Drugi dzień pod znakiem “jak zrobić dym”.

część 1 >>
część 3 >>
część 4 >>

Kolejny dzień festiwalu rozpoczęłam od koncertu xxanaxx. Ten polski duet wywarł na mnie ogromne wrażenie. Klaudia Szafrańska oczarowała swoim zmysłowym głosem, a Michał Wasilewski interesującymi kompozycjami. Na koncercie mogliśmy usłyszeć eteryczne “Disappear“, bardziej taneczne “Hurt Me” i ostatni singiel, wyśmienity kawałek – “Broken Hope“. Nie zabrakło także coveru – “Suite & Tie” Justina Timberlake’a. Cały występ przepełniony był przyjemnymi elektronicznymi beatami; było lekko i chilloutowo. Na koniec zostaliśmy zaskoczeni porywającym do tańca remixem “Disappear”. Oby więcej w Polsce takich młodych, uzdolnionych muzyków.

Następnie zaczęło się obserwowanie chmur, które nadciągały z kilku stron. Na scenie AlterKlub koncert rozpoczął czeski zespół Please The Trees. Nie było mi dane zbyt długo cieszyć się dobrym rockowym graniem. Spadł deszcz, więc trzeba było uciekać. Oczywiście do jakiegoś namiotu z muzyką. Na Tent Stage swój występ zaczynała właśnie grupa Sorry Boys. Wprawdzie nie byli oni w moich planach (mimo tego, że bardzo ich lubię), ale nie żałuję, że znalazłam się wtedy właśnie z nimi. Zespół brzmiał bardzo świeżo, chociaż ich granie na żywo niewiele różniło się od tego studyjnego. W nieco innej aranżacji usłyszeliśmy jednak “Chance“, które zyskało na mocy. Grupa zaczęła się rozkręcać; nie było już tak zachowawczo jak na początku. Zaprezentowana została też nowa piosenka, która znajdzie się na nadchodzącej płycie. Jeśli album będzie nagrany w podobnym stylu, to już nie mogę doczekać się października.

Po deszczu nie nastało słońce, ale na scenie Open’er zaczęli grać Tame Impala, którzy słyną z psychodelicznego rocka. Jak na nich przystało – nie mogło zabraknąć wizualizacji. Australijczycy jednak nie zaskoczyli, zagrali bardzo poprawny koncert, z lepszymi momentami np. podczas “Elephant” czy świetnie rozbudowanym “Apocalypse Dreams“. Odnoszę wrażenie, że panowie nie pokazali wszystkiego, co potrafią. Gdy ponownie spadł deszcz zaczęłam zastanawiać się, czy warci są tego, aby trochę zmoknąć. Zostałam – w końcu uwielbiam ich oba krążki. Jednak można było liczyć tylko na ten sam dobry poziom. Niewiele zmieniły nieco inne aranżacje i urozmaicenia.

Junip był dobrym wyjściem dla tych, którzy nie mieli co ze sobą zrobić w czasie deszczu między Tame Impalą a Arctic Monkeys. Ten folk-rockowy zespół z Jose Gonzalezem na czele zagrał bardzo dobry koncert. Było spokojnie, z wyczuciem, momentami mocno, ale nigdy za bardzo. Genialnie zaprezentowała się piosenka “Always“, podobnie jak “Your Life, Your Call“. W ostatnim utworze perkusista zadbał o świetne budowanie napięcia, które nie doszło do punktu kulminacyjnego. Na koncercie panowała miła, lekko odrealniona atmosfera. To był ładny koncert, przez który spóźniłam się na Arctic Monkeys (ach, te bisy!).

Brytyjczycy trafili na świetną pogodę. Ludzie tłumnie przybyli na ich koncert. Nie zabrakło ich największych hitów np. “Brick By Brick” lub “I Bet You Look Good on the Dancefloor“, a także akcentu z nadchodzącej płyty – “R U Mine?“. Tłum oszalał przy “When the Sun Goes Down“. Arctic Monkeys udowodnili, że grają świetne, energetyczne koncerty, które zmuszają do poruszania kończynami. Alex Turner miał bardzo dobry kontakt z publicznością, co dodatkowo sprawiało, że koncert ten był wyjątkowy.

Później przyszedł czas na show Łąki Łan. Tak, to było show. Innego określenia nie sposób znaleźć. Jeśli uważacie, że potraficie tańczyć na imprezach, to grubo się mylicie – taniec przychodzi wraz z kawałkiem “Jammin“. Ten koncert to pastisz, kicz, zabawa wszystkim, a przy tym kawał niezłej muzyki.

Udało mi się zdążyć jeszcze na kilka utworów Marii Peszek. Gdybym wiedziała, co dzieje się w namiocie, na pewno udałabym się tam wcześniej. Nie sposób opisać, jak wiele energii miała publiczność, jak charyzmatyczna była pani Peszek i jak niesamowite były bisy. Wszystko tętniło życiem, muzyką i śpiewem ludzi. To była wisienka na torcie dnia drugiego.

A więc jak robić dym? Najlepiej tak, jak Maria Peszek, Łąki Łan i Arctic Monkeys.

Ciąg dalszy nastąpi.

Ewelina Malinowska
zdjęcia: Alter Art

część 1 >>
część 3 >>
część 4 >>