Relacjeprzemek

Czy rock’n'roll może nas uratować?

Relacjeprzemek

Czy rock’n'roll może nas uratować?
2.03.2014/Warszawa

Relacja z koncertu Franka Turnera w Warszawie.

Cała zabawa zaczęła się o 19:00 od Ducking Punches, czyli pana z gitarą. Obdarzonego całkiem niezłym, schrypniętym głosem i piszącego dosyć łatwo wpadające w ucho piosenki. Przyjemny występ trwający 13 minut zawierał między innymi piosenkę o tym, jak ów wokalista poznał piękną dziewczynę, która powiedziała mu, że była na koncercie Minor Threat, ale potem okazało się, że urodziła się w roku 1989, a przecież Minor Threat rozpadło się w 1983. Utwór trwał jedną minutę i opowiadał dokładnie tę historię.

Tak subtelnych zagrań nie mieli w swym repertuarze Andrew Jackson Jihad, urzekający nonszalancją duet z Arizony, który był przyczyną mojej obecności w warszawskim klubie Proxima, miejscu przyjemnym, choć dosyć kameralnym. Od razu było wiadomo, że Frank Turner nie przywabi wielkich tłumów – z tajemniczych przyczyn ten rozchwytywany w Wielkiej Brytanii wokalista, który grał nawet na otwarciu Igrzysk Olimpijskich, nie radzi sobie z podbijaniem serc polskiej publiczności. A przecież jego koncerty są takie sympatyczne… ale o tym za chwilę. Na razie Andrew Jackson Jihad – czyli genialny tekściarz Sean Bonette i klawiszowiec-basista Ben Gallaty.

Panowie grali tylko 30 minut, czyli skandalicznie krótko, aczkolwiek jakby nie patrzeć byli supportem, a chyba tylko niżej podpisana jest tak lekkomyślną osobą, by wybierać się na koncert dla supportu. Na Ducking Punches osoby pod sceną można było policzyć na palcach, podczas występu AJJ zgromadziło się ich szczęśliwie odrobinę więcej. Duet zagrał piosenki z różnych płyt, od “Sense, Sensibility” z “Can’t Maintain” przez “Rejoice” z “People Who Can Eat People Are the Luckiest People in the World” aż do “Hate, Rain on Me” z “Knife Man” i kawałki z nowego, jeszcze nie wydanego albumu. Tym, którzy jeszcze nie znają ociekających ironią, mocno utrzymanych w niedbałej estetyce kompozycji – szczerze polecam. Na żywo plumkanie wygląda spektakularnie, a głos Seana dalej brzmi strasznie – urok wokalisty Andrew Jackson Jihad polega na załamującym się śpiewie. Wszystko to bowiem tworzy idealną scenografię dźwiękową dla niesamowicie specyficznych tekstów duetu. Jeśli tytuły nie wystarczają, rzućmy okiem na fragmenty tekstów, ot chociażby wspomniane “Hate, Rain on Me” - I wish I had a bullet fucking big enough to kill the sun/I’m sick of songs about the summer/And I hate everyone. Albo taka przepiękna linijka z “Heartilation” – Sometimes I get lonesome I can’t breathe – w którym narrator chce zniszczyć serce będące przyczyną tarapatów, między innymi poprzez zasianie jego resztek w ziemi, aż wyrośnie drzewo, ścięcie tego drzewa i zbudownie z niego łódki, którą rozwali dynamitem… Było jeszcze melancholinje “Love Will Fuck Us Apart” i “We Didn’t Come Here to Rock”, na wypadek, gdyby w małej grupie pod sceną znalazł się jakiś hejter. Ale AJJ, choć ironiczni do bólu, są przemili i nie da się żywić do nich negatywnych uczuć.

W połowie występu dołączył do nich Frank Turner, by pomłócić trochę perkusję. Później w trakcie własnego występu przyznał, że zrobił to dopiero po raz drugi i określił swoje umiejętności w dziedzinie gry na bębnach jako dosyć słabe. Niemniej jedna z jego Śpiących Dusz, czyli członek towarzyszącego mu zespołu, perkusista Nigel, namówił Turnera do zamiany – wysłał go do zestawu perkusyjnego samemu biorąc w dłonie gitarę i śpiewając. Na szczęście trwało to dosyć krótko – jako jednorazowy (i, jak się dowiedzieliśmy, unikalny) wybryk było bardzo urocze. Cały koncert Turnera rozpoczął się od “Photosynthesis”. Była też i piosenka ateistyczna, czyli klaszczmy w ręce, bo nie ma boga, “Plain Sailing Weather”, “Recovery” czy “Wessex Boy”. W tym ostatnim wokalista zmienił nieco tekst, wspominając Meskalinę – klub w Poznaniu, w którym wystąpił w 2010 roku. Ten występ stał się początkiem jego przygody z Polską, gdzie ma teraz stałe grono fanów i przyjaciół. Jeden z nich, tenże sam zresztą, który jest odpowiedzialny za występ w Meskalinie, przetłumaczył dla niego “Eulogy” na polski. Turner śpiewa tę piosenkę w różnych językach, w zależności od kraju, w którym występuje. Słyszałam ją już po niemiecku, i chyba wypadła nieco lepiej, choć nie mogę w pełni docenić walorów tłumaczenia, nie będąc specjalistą od tego języka. Polskie było bardzo eleganckie. Frank z naszym językiem radzi sobie różnie, ale trzeba przyznać, że bardzo się stara. Niedługo dotrze na Węgry i stwierdzi, że to będzie jeszcze trudniejsze. Próby mówienia po polsku przeplatały się podczas koncertu z żartami, co sprzyjało budowaniu radosnej atmosfery przez muzykę Turnera, na ogół skontrastowaną z mało optymistycznymi tekstami.

Frank śpiewał też o zamknięciu londyńskiej Astorii (“Polaroid Picture”), zagrał “The Way I Tend to Be” oraz “I Still Believe” (na bis, dosyć długi). Niszczycielski smutek, jaki przebija z jego twórczości, w pełnej krasie wypełznął na scenę, kiedy The Sleeping Souls na chwilę z niej zeszli, zostawiając wokalistę sam na sam z gitarą (Turner zaczynał w zespole hardcorowym, a kiedy zabrał się za twórczość solo zaczynał właśnie od takich skromnych aranżacji). Zrobiło się przeraźliwie smutno, zwłaszcza, kiedy zabrzmiał zagrany na życzenie cover Counting Crows, “Anna Begins”. Na szczęście były też opowieści o tym, jak to proces wymiany gitary przysparza dużych trudności i można porządnie przywalić sobie przy okazji w głowę – i tym podobne, rozjaśniające atmosferę.

Cały koncert trwał ponad półtorej godziny (łącznie z bisami) i zakończył się “Four Simple Words” bardzo pięknie zinterpretowanymi - I want to dance śpiewali muzycy, bujając się żartobliwie. Później z głośników poleciała Vera Lynn z klasyką retro – “We’ll Meet Again”. Pewnie się jeszcze kiedyś spotkamy, Frank, ciekawe, czy wtedy też lwią część publiczności stanowić będą osoby, które wygrały bilety w konkursach.

(Ja trzymam kciuki za ponowne – i dłuższe! – spotkanie z Andrew Jackson Jihad).

Katarzyna Borowiec
fot. Darek Seremet