Relacjeprzemek

Czysta energia – relacja z Open’er Festival, część 1

Relacjeprzemek

Czysta energia – relacja z Open’er Festival, część 1
3.07.2013/Gdynia

Pierwszy dzień pod znakiem “jak biec, żeby się nie przewrócić”.

część 2 >>
część 3 >>
część 4 >>

Ciągle nie potrafię pojąć mojego rozumowania: wyjadę o 15 (z Gdańska), zdążę na koncert Dawida Podsiadło na 17. W miarę rozwoju wydarzeń w mojej głowie układał się nowy plan: może chociaż pół koncertu... Jako że tegoroczny debiutant grał w Tent Stage, nie udało mi się przebiec przez całe openerowe pole na jego występ (znajomi go chwalili, chociaż było za dużo pogłosu). Wstąpiłam natomiast na chwilę na Alter Space, gdzie akurat grał hipiersoniK – zespół eksperymentujący swoimi instrumentami.

Jednak za chwilę musiałam biec na Terribly Overrated Youngsters, którzy mieli zacząć grać o 18:30. Jak się okazało na miejscu – koncertu nie było. Z AlterKlub Stage nie dobiegały żadne dźwięki. Co więc robić? Czas na zapoznanie się z miasteczkiem, w końcu mam aż pół godziny do koncertu Mikromusic! Miasteczko festiwalowe nie zmieniło się bardzo od ubiegłego roku. Można by rzec, że wszystko jest na swoim miejscu.

W namiocie koncert zaczęli Mikromusic. Usłyszeliśmy powitanie wokalistki dzień dobry Sopot!, po sekundowej konsternacji publiczności Natalia Grosiak dodała dzień dobry Gdynia, Gdańsk – szybka reakcja, więc wybaczamy (chociaż mogło być to nawiązanie do piosenki z najnowszej płyty zespołu). Koncert był bardzo udany, nagłośnienie w “tencie” jest chyba najlepsze na całym festiwalu. Jako że świeciło jeszcze słońce, można było położyć się na trawie obok namiotu i wsłuchiwać się w dźwięki tęsknych piosenek, podśpiewując jakoś przeżyję, nie zniknę, jakoś przeżyję, nie zginę.

Teraz czas na największy wyścig z czasem – do Alter Space. Już od kilku minut grają tam Semantik Punk. Tego nie mogłam przegapić. Trafiłam na utwór “jest to A“. Grupa osób bawiła się pod sceną, część stała gdzieś dalej (z tą sceną jest taki problem, że grają tu ciekawe zespoły, ale niestety niewiele osób zjawia się na tych koncertach). Te mocne, punkowo-rockowe dźwięki przyprawiały o dreszcze i pewien rodzaj euforii. Dla jednych to hałas, dla drugich cóż… muzyczna wolność. Głośny bas, gitarowe ściany dźwięku i gorąc panujący w namiocie tylko dodawały energii. Niestety, zespół grał krótko (a może zespół zaczął grać wcześniej?). Taki niedosyt!

Obok na Open’er Stage grają już Editors. Pod sceną w najlepsze bawili się fani, a dalej już tylko… piknik. Poczułam się trochę jak na festynie przy niezłej muzyce. Nie było tu mocy. Na chwilę wszystko jakby się uspokoiło, to był czas, kiedy można było odpocząć, sprawdzić, kto kiedy gra, ustalić jakiś grafik (po raz kolejny). Brytyjczycy nie porwali mnie do tańca.

Żeby nie przysnąć na trawie poszłam do Tent Stage, gdzie zaraz miał odbyć się koncert Savages. Tutaj trochę bałam się o to, jak koncertowo brzmi zespół z Londynu. Już pierwsze dźwięki mnie zahipnotyzowały, pobiegłam pod scenę i po prostu się bawiłam. Wokalistka była niesamowicie charyzmatyczna, żywiołowa, taka jaka powinna być wokalistka post-punkowego zespołu. Uwagę zwracała także perkusistka, która świetnie radziła sobie z pałeczkami, co kulminację osiągnęło w kawałku “She Will“. Koncert okazał się być jednym z lepszych tego dnia – a już na pewno najlepszym w kategorii rock. Ale dobre rzeczy szybko się kończą – występ trwał niecałą godzinę.

Czas więc na Blur - i znowu przemarsz przez cały teren festiwalu. Nigdy nie byłam ich fanką. Ba, znam zaledwie ich kilka kawałków (shame on me!). Poszłam tam ze względu na relację koleżanki z redakcji z festiwalu Primavera. Podpisuję się pod tym obiema rękami! Panowie z Blur są jak najbardziej w formie. Świetny materiał został zaprezentowany w bardzo ciekawy sposób, zachęcając przy tym do dalszego obcowania z zespołem. Poza tym – chór, cudowna sekcja dęta, megafon, dziesięcioletni chłopiec, który stał obok mnie, szalejący do “Coffee & TV“! Tak! Było skocznie, wesoło, a przy tym tak ładnie zachodziło słońce. Zestawienie niemal idealne. Doczekałam się bisu, jednak uciekłam tuż przed “Song 2” (następnym razem poczekam, Wy też czekajcie!).

Uciekłam, bo za chwilę grać miał Alt-J – odkrycie ubiegłego roku. Ponownie Tent. Nie zawiodłam się. Utwory z płyty, którą przesłuchałam dziesiątki razy, okazały się być jeszcze lepsze na żywo. Nie wiem, czy to ponownie zasługa namiotowego nagłośnienia, czy po prostu zespół jest tak świetny (nie boję się użyć tego słowa). Zaskoczyła mnie entuzjastyczna reakcja publiczności na niemal każdą piosenkę. Były brawa, okrzyki radości, szaleństwo, szczególnie przy kawałkach z większą dawką basu (np. “Fitzpleasure“). Przepięknie zabrzmiało też “Taro” (jak dla mnie były to “pierwsze ciary festiwalu”). Kto by pomyślał, że eksperymentalny folk może przynieść tyle radości. Najbardziej zabolał jednak brak bisu.

Żeby na Crystal Castles znaleźć się w epicentrum tego, co może się wydarzyć, zostałam już z namiocie i odpoczywałam na trawie (tak! w namiocie jest jeszcze trawa! i można na niej siedzieć!) z mnóstwem innych ludzi. W końcu przyszedł czas na elektroniczną gwiazdę wieczoru. Zaczynamy od ciemności, z której wyłonił się utwór  “Plague“. Usłyszeliśmy po kilka kawałków z każdej z płyt. Z utworami świetnie współgrało oświetlenie. Momentami było po prostu ciemno i mrocznie – podobnie jak z muzyką duetu (który grał we dwójkę + perkusista). Przy każdym z kawałków tłum ludzi szalał, podobnie jak sama Alice. I jak tu z nią nie skakać i nie krzyczeć do “Alice Practice“? To trzeba przeżyć.

Kiedy wydawało się, że to już koniec tego dnia, że można zajść jedynie na Beat Stage, gdzie miał grać akurat Marcin Czubala, okazało się, że na scenie AlterKlub gra zespół Terribly Overrated Youngsters. Publiczność była niewielka, ale dźwięki dobiegające ze sceny intrygowały i trzeba było się tam po prostu zatrzymać. To, co zrobili ci panowie było kwintesencją pierwszego dnia Open’era 2013. Energia, energia i jeszcze raz energia! Covery największych elektronicznych torped Daft Punk, Justice i innych, zagrane na instrumentach zrobiły furorę między 2 a 3 w nocy. Oby więcej takich niespodzianek!

A więc jak biec, żeby się nie przewrócić? Na polu trzeba uważać na dziury i rowy, i nie biegać na oślep, bo inni także mogą ucierpieć. Poza tym trzeba dobrze zaplanować sobie dzień.

Pogoda tym razem nas oszczędziła. Oby dziś było tak samo pięknie i zaskakująco (nie tylko z pogodą).

Ciąg dalszy nastąpi.

Ewelina Malinowska
zdjęcia: Tomek Kamiński/Alter Art

część 2 >>
część 3 >>
część 4 >>