Daktari – “Lost Tawns”

Daktari – “Lost Tawns”
Multikulti Projekt/2014

Trzy lata czekania. Opłaciło się?

Długo trzeba było czekać na ten album. Nagrany w 2011 roku, wielokrotnie przekładano premierę (pierwszy termin to połowa 2012 roku). W międzyczasie warszawski kwintet zarejestrował i wydał własnym sumptem “I Travel Within My Dreams With a German Passport” (recenzja) z indonezyjskim gitarzystą Tomim Simatupangiem. Na tym krążku Daktari zaprezentowali swoje mocno improwizowane, dzikie oblicze.

Jak łatwo można się domyślić “Lost Tawns” są swoistym łącznikiem między “This The Last Song I Wrote About Jews, vol. 1″ a “Paszportem”. Nie ma tu zbyt wielu odniesień do muzyki żydowskiej, która odcisnęła silne piętno na debiucie zespołu. Z drugiej strony, choć fragmentami mocno improwizowana, to jednak jest dużo przystępniejsza niż ich drugi (ale tak naprawdę trzeci album). Paradoksalnie, wydaje się być ich najdojrzalszym dziełem.

W muzycznym języku warszawiaków równie silnie, co jazz słychać muzykę rockową. Motoryczną, pełną energii i trochę walcowatą, potężną. Nie epatują ciężarem, potęga ich brzmienia jest bardziej sugestywna. Nieuchwytna, ale zawsze obecna. Na tej solidnej podbudowie sekcji rytmicznej (Maciej Szczepański na basie i Robert Alabrudziński na bębnach) narracje snują lider zespołu, Olgierd Dokalski na trąbce i Mateusz Franczak na saksofonie, raz wymieniając się motywami, raz grając unisono. Czasem dołącza do nich, wychodząc z cienia, Miron Grzegorkiewicz grający na gitarze. Tak się dzieje w “Fear the Dear” i najlepszym na płycie “Swamp Thing Appetizer”, które rozwija się powoli, ospale, a gdy już z początkowych dźwięków rozwinie się fantastyczny temat, nie daje się od siebie uwolnić. Ciekawie rozwiązali również ostatni utwór “(For Girls Who Love) Batmans”, który waha się między improwizacją, leniwym jazzem a mocnymi akcentami i uwodzi trochę knajpianą grą Dokalskiego. Podzielony na dwie części freejazzowy “Generic Dreams”/”Human Verification” zgrabnie unika pułapek często trawiących muzykę improwizowaną, czyli braku celowości, grania “każdy sobie”. Słychać, że ta muzyka nie snuje się bez celu, lecz dokądś zmierza.

Niesamowite jest, jak duży postęp poczynili w ciągu niecałych dwóch lat dzielących nagranie “This Is The Last Song?” a “Lost Tawns”, a gdy jeszcze do tego obrazu dołoży się i “Paszport”, i liczne projekty, w jakich udzielają się członkowie zespołu, pozostaje tylko żałować, że wydają tak rzadko. To po prostu świetna rzecz.

Michał Wieczorek