Digitalism – “I Love You, Dude”

Digitalism – “I Love You, Dude”
Universal/2011

I love you too.

“I Love You, Dude” zalega na mojej playliście od dłuższego czasu, zmieniają się tylko ulubione utwory. Pierwsze zauroczenie wywołało “Miami Showdown”, późnej przerzuciłam się na “Forrest Gump”, a teraz zaczyna mnie intrygować początkowo znienawidzony “Reeperbahn”.

Przy okazji debiutanckiej płyty Digitalism rzucano na prawo i lewo hasła, że Daft Punk znalazł wreszcie godnych siebie spadkobierców, tym czasem na “I Love You, Dude” niemiecki duet pokazuje zdecydowanie mniej agresywne oblicze. Główną rolę pełnią tu lekkie syntezatory, czasem tylko któryś z utworów uderzy słuchacza w twarz. Najbardziej boleśnie robi to “Reeperbahn”, który zamiast lekkich dyskotekowych bitów serwuje sporą dawkę krzyku i samorodnej agresji. Całkiem intrygująca ciekawostka na tym lekkim albumie.

Najbardziej lekki wydaje się singlowy “2 Hearts” – rasowy electropop, który choć początkowo mocno wciąga, to długotrwałe słuchanie szybko prowadzi do szybkiego znudzenia i przesłodzenia. Z ciekawych, ale zepsutych utworów na nieuwagę zasługuje “Circles” – kawałek z ukłonem w stronę electroclashu, opartego na wijących się po parkiecie przesterowanych riffach. Utwór bardzo dobry, gdyby nie uparcie powtarzane pod koniec w kółko “again and again”, które ma w sobie tyle z dobrej zabawy, ile ze znudzenia, że Jence musi śpiewać te 3 słowa w kółko. Zalecam słuchać do połowy.

Na szczęście album ratują kolejne kawałki na playliście, począwszy od “Blitz”. Na kawałku, który jest drugim singlem nikt już nie śpiewa, jest za to genialnie przesterowana gitara, dobry beat i minimalne dodatki. Wisienką na tym czarno-białym torcie jest też “Forrest Gump” z gościnnym udziałem Juliana Casablancasa z The Strokes. Julian doskonale się sprawdził, a utwór zbudowany na linii basowej daje świetny efekt. Popowy, w sam raz dla komercyjnych stacji radiowych, co nie zmienia faktu, że świetny.

Jeśli w “Forrest Gump” możemy szukać nawiązania do The Strokes i im podobnych zespołu, to w “Antibiotics” The Chemical Brothers stają przed oczami jak żywi. Sztuczny, elektroniczny beat, niepokojące dźwięki, echa, wszystko minimalne i w stu procentach syntetyczne. W ramach zadowolenia wszystkich, a przynajmniej większej grupy odbiorców, na “I Love You, Dude” znalazła się tez ballada. Chilloutowy “Just Gazin’” to minimalna instrumentalistka i urzekający kobiecy wokal. Można więc też na spokojnie. Nieśmiałe przebłyski lat osiemdziesiątych widać w dusznym i ospałym “Miami Showdown”, a finalny “Encore” również potrafi przykuć uwagę na dłużej, notabene nawiązując silnie do porównywanych do zespołu mistrzów Daft Punk.

Podsumowując – Jens “Jence” Moelle Ismail “Isi” Tüfekci albo złagodnieli, albo postanowili mieć jeszcze więcej lajków na facebooku, bo płyta jest lekka, łatwa, przystępna i – co najważniejsze – taneczna. Jednym będzie to przeszkadzać i uznają obrany kierunek duetu za brać ambicji, inni pokochają ich całym sercem. Do której grupy należy każdy ze słuchaczy – nie mnie to oceniać.

Maria Grudowska