Dogs in Trees – “Pióra mew”

Dogs in Trees – “Pióra mew”
Alchera Visions/2015

Mroki Trójmiasta.

Dark Independent to polskie określenie na muzykę, której wspólnym elementem jest ponura atmosfera. Nie ważne, czy to bardziej EBM, czy punk rock – liczą się mrok i niepokój. Lista tego typu rodzimych projektów nigdy nie była długa, ale w ostatnich latach większość z nich niemal całkowicie zredukowała działalność. Deathcamp Project i Controlled Collapse od dłuższego czasu milczą (zwłaszcza jeżeli chodzi o koncerty), Agonised By Love dokonało żywota, a La Santé (odłam DHM) obecny jest w Polsce tylko duchem, na stałe rezyduje natomiast w Szwecji. Na nowych twórców, którzy mieliby do powiedzenia więcej niż nieumiejętne powielenie skostniałych schematów czekałem dłużej niż na “10,000 Days” Tool, ale wreszcie zjawili się, a imię ich Dogs in Trees.

“Pióra mew” to pierwszy album zarejestrowany przez Pawła Goździewicza, którego podczas koncertów wspiera basista – Arek Książczak. Niemniej na przestrzeni pięciu lat ukazał się szereg EP-ek dokumentujących proces dochodzenia do wystarczająco charakterystycznego sposobu ekspresji, żeby ewentualne porównania rzadko pojawiały się automatycznie. Trzeba je na sobie wymusić w poczuciu recenzenckiego obowiązku zarysowania potencjalnym słuchaczom, z czym to należy spożywać. “Like+As+If” otwiera wydawnictwo bitami w klimacie wczesnego Nitzer Ebb, ale wrażenie trwa tylko chwilę, bo sekcja rytmiczna oraz partia gitarowa – którą równie dobrze mógłby skomponować Robert Smith – przechylają szalę ku goth rockowej stylistyce. Z perspektywy całych pięciu minut i siedemnastu sekund nie da się jednak opisać tego utworu zaledwie jedną fiszką, dzieje się tutaj zbyt wiele. To mój ulubiony moment “Piór mew”, ale poziom jest bardzo wyrównany i nawet jedna minuta albumu nie została zmarnowana.

W “Seabed” na pierwszy plan wysuwa się elektronika, a w połączeniu z wyraźną linią gitarową powstaje kawałek, który mógłby trafić na wybitną ścieżkę dźwiękową do fatalnego filmu “Spawn”. Sądząc po samych przymiotnikach, moglibyście odnieść wrażenie, że to duża różnica w stosunku do wcześniejszego utworu, ale Goździewicz artykułuje słowa w tak specyficzny sposób, że nawet kolejne, bardzo nastrojowe i minimalistyczne “Enough” nie odstaje od reszty materiału. Kompozycyjnie jeden z ciekawszych fragmentów “Piór mew” to “Unless”, które od początku do końca utrzymane jest w hipnotycznym, niemal modlitewnym klimacie, lecz w pewnym momencie (trzeba uważnie śledzić dźwięki, żeby go wyłapać) staje się bardziej dyskotekowe niż rytualne. Gitara zostaje tutaj niemal kompletnie pożarta przez mechaniczny bit, a dodatkowym elementem odczłowieczającym jest zniekształcenie głosu powtarzającego krótką frazę. Esencją krążka jest natomiast “Teraz i jutro”, które od otwierającego riffu sugeruje, że zostaniemy zabrani w rejony The Sisters of Mercy czy Bauhaus. Tamte zespoły wiedziały, jak tworzyć przebojowe kawałki w nieprzebojowym czasie (np. “Dominion/Mother Russia” albo “Bela Lugosi’s Dead”) i Dogs in Trees również ma to wyczucie. Największą zaletą jest jednak tekst w języku polskim, po którym słuchacz nie musi czerwienić się ze wstydu za autora, co wciąż nie zdarza się często.

Długo czekałem na solidne polskie wydawnictwo subtelnie uderzające w melancholijną czułość słuchaczy, ale nie spodziewałem się, że ktoś porwie się na tak wielowątkową i jednocześnie spójną muzykę. “Pióra mew” to w swojej kategorii jeden z najciekawszych albumów, jakie w ostatnich latach nagrano w Polsce.

Jarosław Kowal