Doomtree – “All Hands”

Doomtree – “All Hands”
Doomtree Records/2015

Rapowanie o niczym, ale do znakomitej muzyki.

Wieloosobowe kolektywy hip-hopowe rzadko rejestrują tak udane albumy, jak mniejsze składy. Skromna forma doskonale sprawdza się na przykład w duecie Run the Jewels, gdzie prosty podział na jednego MC i jednego producenta przyczynił się do stworzenia dwóch wybitnych krążków. Kiedy jednak do mikrofonu jest aż pięciu chętnych, może się okazać, że słuchacz otrzyma coś na kształt rapującego boysbandu, którego członkowie nie mają nawet czasu rozwinąć się, bo po kilku linijkach muszą zrobić miejsce dla kolejnej osoby. W Doomtree podział sił jest dobrze zrównoważony, ale słowa wybrzmiewające na “All Hands” mają siłę głównie jako dźwięki, a nie jako znaczenia.

Hip-Hop i punk rock to dwa gatunki nastawione głównie na moc przekazu. Ekipa z Minnesoty postawiła jednak na banały, ogólniki, rapowe klisze znane na całym globie. Wystarczy pierwsze z brzegu “Final Boss” i już pozostaje niesmak – ciężkie życie w dużym mieście, problemy z narkotykami, nagłe przebudzenie i walka z jakimiś niezidentyfikowanym przeciwnikami (Get up, let’s go, move homie right now, shut’em up…). Obowiązkowo pojawia się także plejada postaci silnie zakorzenionych w popkulturze, wspomnieni zostają między innymi Charles Bronson, David Lynch i Batman. Cały album – począwszy od tytułu – jest wezwaniem do walki, nie do końca wiadomo z kim i o co, ale według Doomtree musimy się zjednoczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W skali sztampowości przemowa prezydenta z “Dnia Niepodległości” została zdetronizowana.

Szczęście mają natomiast ci, dla których odmiana “to be” jest szczytowym osiągnięciem w nauce języka angielskiego. Każda z osób rapujących w Doomtree wypracowała bezbłędną technikę oscylującą na granicy surowego wyrzucania pozbawionych melodii słów oraz niemal odśpiewywanych refrenów. Taką kombinację szybciej przełkną zwolennicy Young Fathers niż Young Thuga, ale “All Hands” jest materiałem równoważącym te dwa podejścia do rapowania. Szczególnie wyróżnia się jedyna kobieta w składzie – Dessa. Od kilku lat śledzę jej działalność, a ostatni solowy krążek (“Parts of Speech”) znam niemal na pamięć. Cecil Otter, P.O.S., Sims i Mike Mictlan to fachowcy, ale ich style są na tyle podobne do siebie, że trudno rozpoznać, który z nich akurat podjął zwrotkę. Charakterystyczna barwa głosu Dessy ratuje przed nudnawą monotonnością między innymi utwory “The Bends” czy “Off in the Deep” i właściwie tylko dla jej partii warto odsłuchać wyraźnie słabszą (z wyłączeniem znakomitego “Cabin Killer”) drugą połowę albumu.

Prawdziwymi bohaterami “All Hands” są jednak Paper Tiger oraz Lazerbeak – autorzy nietuzinkowych, masywnych jak brostep i wpadających w ucho jak piosenki z animacji Disneya bitów. To ich producenckie zdolności ubrały fatalny tekst “Final Boss” w szatę przeboju o ogromnym potencjale komercyjnym. “My Own Nation” i “38 Airweight” to kolejne przykłady hiciorów, do których chce się powracać nawet przy nieco irytującej warstwie tekstowej. Kiedy podają słowa typu: Bring the Coco Chanel covered in Soco jest ciężko, ale głęboki wdech i przypomnienie sobie, że przecież Sex Pistols czy Marduk też nie grzeszą literackim talentem, pomagają rozkoszować się trzecim albumem ekipy z Minnesoty, który od strony muzycznej jest materiałem bardzo dobrym.

Jarosław Kowal