Dopadł nas kryzys wieku średniego – wywiad z Mudhoney

Dopadł nas kryzys wieku średniego – wywiad z Mudhoney

Gitarzysta Mudhoney, Steven Turner, zdradza nam, gdzie najlepiej wybrać się z deskorolką, będąc w Portland, jak naprawdę powinno brzmieć jego nazwisko oraz dlaczego chciałby wrócić do roku 1966. O nowej płycie zespołu też mówi.

Już za miesiąc, 28 maja w warszawskiej Stodole, na jedynym koncercie w Polsce zagra Mudhoney. W związku z tym wydarzeniem zamieniliśmy kilka zdań z gitarzystą amerykańskiej grupy.

Michał Wieczorek: Czym różniło się nagrywanie “Vanishing Point” od poprzedniej sesji nagraniowej?

Tak naprawdę różniło się niewiele. To ta sama czwórka ludzi, nagrywaliśmy nawet w tym samym studiu, za to Tuckera Martine’a jako producenta i inżyniera dźwięku zastąpił Johnny Sangster. “Lucky Ones” są w ogóle “inną” naszą płytą, choćby z tego powodu, że Mark nie grał zupełnie na gitarze, co sprawiło, że jest to surowy i punkowy album. Po prostu dopadł nas kryzys wieku średniego (śmiech). Chcieliśmy dać czadu. Tym razem muzyka jest bardziej otwarta, nie mieliśmy tak silnie zdefiniowanej idei, naszym podejściem było raczej “co ma być, to będzie”.

Mark gra tu na gitarze, ale nie zawsze. To zależało od tego, czy według nas utwór potrzebował drugiej gitary, czy nie. Wydaje mi się też, że “Vanishing Point” jest dużo bardziej psychodeliczny niż poprzednia płyta. Powciskaliśmy dziwne dźwięki z syntezatorów na przykład. Na pewno jest to album bardziej złożony niż “Lucky Ones”.

Który album Mudhoney zagrałbyś najchętniej w całości?

Już to kiedyś robiliśmy. Zagraliśmy pięć lat temu “Superfuzz Bigmuff + Early Singles” w całości na koncertach z okazji dwudziestolecia naszej pierwszej EPki. Ja nie bardzo lubię cofać się w przeszłość, więc moja odpowiedź brzmi: “Vanishing Point”. Zresztą, to też już zrobiliśmy w ostatni weekend. Zagraliśmy dwa rozgrzewkowe koncerty. Dobrze nam to wyszło, bo ostro ćwiczyliśmy nowy materiał (śmiech). Na każdej płycie są piosenki, które trudno zagrać na żywo, ale myślę, że tym razem wszystko wyszło bardzo dobrze.

Jak wam się udało przetrwać 25 lat jako zespół?

Nie jestem do końca pewien, to zasługa nas wszystkich, całej naszej czwórki, no, piątki, jeśli doliczymy Matta. Chcemy po prostu dobrze spędzić czas i mieć z tego ciągle radochę. Szczerze, trzeba zespół traktować poważnie. To coraz trudniejsze, bo starzejemy się, mamy więcej obowiązków, powiększają nam się rodziny, ale my po prostu lubimy grać w Mudhoney. Dlatego ciężko pracujemy nad tym, by zespół działał cały czas i nie wkurzać się na kolegów, jeśli nie mogą sobie na coś pozwolić. Zrozumieliśmy w pewnym momencie, że każdy z nas coś poświęca, by znaleźć czas na granie. Poza tym, po prostu się lubimy.

Jak pogodzisz to ze swoimi słowami sprzed wielu lat, że długość życia dobrego zespołu to przeciętnie 3 lata? Nadal jesteście dobrym zespołem?

To, co powiedziałem wtedy jest w pewnym sensie prawdą. Jeśli spojrzymy na historię rock’n'rolla w latach sześćdziesiątych, czy punkowej eksplozji, okaże się, że jest bardzo ciężko znaleźć zespół, który byłby dobry dłużej niż te trzy lata. Jasne, Bitelsom i Stonesom udało się przez lat pięć, ale poza nimi trudno o inne przykłady. Teraz dobrych zespołów z długim stażem jest o wiele więcej. Wtedy nie spodziewałem się, że będę grał w Mudhoney dłużej. Wszyscy znamy historie innych kapel, które zaczynały razem z nami, by potem nagrać przeprodukowane, ohydne płyty i starały się stać popularnymi wykonawcami. Nam na tym nigdy nie zależało, a jednak udało nam się utrzymać pewien stopień rozpoznawalności i całkiem niezły poziom muzyczny.

Jak twoja przeprowadzka do Portland wpłynęła na funkcjonowanie zespołu?

To tylko trzy godziny jazdy samochodem, więc często jeżdżę do Seattle. Jednak spędzam strasznie dużo czasu w aucie. Staramy się utrzymać ustalony grafik prób i przede wszystkim ćwiczymy w trasie.

Dlaczego się przeprowadziłeś?

Po prostu z żoną chcieliśmy zrobić to od dłuższego czasu, a skoro Mudhoney tak naprawdę nie jest zespołem na pełen etat, pomyśleliśmy, że może się to udać. Portland to świetne miasto, to znaczy, nadal kocham Seattle, ale lubię tu mieszkać.

Jesteś nostalgiczną osobą?

Raczej nie. Czuję nostalgię bardziej za rzeczami, których nie doświadczyłem, niż za tymi, które były moim udziałem. Mam wiele wspaniałych wspomnień, ale nie chcę wrócić do roku 1988, chcę się cofnąć do1966 (śmiech). Bardzo chciałbym chodzić na koncerty tych wszystkich garażowych zespołów i przeżyć tę całą rewolucję, a potem rok ?77.

Które zespoły chciałbyś najbardziej zobaczyć?

Nasze lokalne kapele z Północnego Zachodu, The Sonics, Lollipop Shop i tysiące innych. Dosłownie tysiące. Kupiłbym też sobie mnóstwo płyt.

Jak mocno byliście zaangażowani w film “I’m Now”?

Niezbyt mocno. Zrobili z nami wywiady, obejrzeliśmy wczesne wersje całości i już. To film o nas, więc to nie my powinniśmy go robić.

Również niedawno ukazało się DVD z Waszym pierwszym koncertem w Europie. Pamiętasz go?

Oczywiście, to był nasz pierwszy koncert nie tylko w Europie, ale poza Północnym Zachodem. Wcześniej graliśmy dosłownie tylko w Seattle i Portland, a potem, bum, znaleźliśmy się w Berlinie. To było bardzo, bardzo ekscytujące. Spędziliśmy tam jakieś pięć dni. Dawno nie oglądałem nagrania, ale sam koncert pamiętam bardzo dobrze.

Czy Europa jest dla Was specjalnym miejscem? W końcu gracie tu dużo częściej niż w swoich rodzinnych Stanach.

Tak, graliśmy bardzo często na Starym Kontynencie na początku, potem trochę się wycofaliśmy, by skupić się trochę bardziej na USA. W Europie zwiedziliśmy wiele fantastycznych miejsc, w Niemczech spędziliśmy sporo czasu, gdy zaczynaliśmy. Nie graliśmy poza Berlinem jakiś czas, więc na tej trasie mamy zabukowanych sześć koncertów w Niemczech. Bardzo cieszy mnie też możliwość powrotu do Polski. Moja rodzina stąd pochodzi. Mój dziadek urodził się w Polsce i w latach 30. wyemigrował z rodziną do Stanów, gdzie zmienił sobie nazwisko. Tak naprawdę powinienem był się urodzić jako Steven Puzynski.

Dlaczego zacząłeś tworzyć własne folkowe piosenki?

Zawsze lubiłem smutnych facetów z gitarą i doszedłem do takiego momentu w życiu, że chciałem zostać jednym z nich i grać swój piosenki w domu. To było w czasie, gdy Mudhoney zrobiło sobie roczną przerwę pod odejściu Matta. W Boże Narodzenie postanowiłem, że muszę się nauczyć  jednocześnie grać i śpiewać. Wstawałem o szóstej rano i godzinę przed pójściem do pracy ćwiczyłem. Ostatnio trochę to zaniedbałem, mam dwójkę dzieci, ciągle pracuję jako ogrodnik, ale zapewniam,że wrócę do tego (śmiech).

Jak widzisz przyszłość zespołu?

Mamy plany do końca roku, mam nadzieję, że zabierzemy się za nowe piosenki wcześniej niż ostatnio. Chcę pisać i nagrywać jak najwięcej rzeczy. Poprzednim razem cały proces zajął nam tyle czasu, ponieważ zmarł jeden z bliskich przyjaciół Marka (Andy Kotowicz ? wieloletni pracownik Sub Pop, jeden z gości OFF Festivalu 2009 przyp. red.), co spowodowało, że Mark się trochę zaciął. Teraz czujemy się bardzo kreatywni.

Gdzie najbardziej lubisz jeździć na deskorolce w Portland?

Powinienem powiedzieć Burnside. To najpopularniejszy skatepark w okolicy, ale ja najbardziej lubię prywatne miejscówki, których właściciele czasem wpuszczają skejtów. Jednak, które konkretnie,  to sekret, którego nie mogę zdradzić.

rozmawiał Michał Wieczorek