Drivealone – “Thirty Heart Attacks A Day”

drivealone-thirty-heart-attacks-a-day.jpg Drivealone – “Thirty Heart Attacks A Day”

Muchy potrafię określić jednym słowem: fajne. Mnie “Terroromans” ani grzał, ani ziębił. Gdy dowiedziałem się o Drivealone, eksperymentalnym solowym projekcie Piotra Maciejewskiego, miałem do niego cokolwiek ambiwalentne nastawienie – aprobata dla takich projektów na rodzimej scenie mieszała się z obawami związanymi z ambitnym zamiarem.

Nie podobało mi się to, co usłyszałem na koncie MySpace Piotra Maciejewskiego kilka miesięcy temu. Wszystkie kawałki wydawały mi się jakieś takie bez ładu i składu. Z tym większą rezerwą zabrałem się za słuchanie efektu finalnego. Diabeł jednak okazał się nie taki straszny, jak go sobie malowałem i właściwy longplay bardziej przypadł mi do gustu niż myspace’owe nagrania. Fakt, można narzekać, że taka płyta jak “Thirty Heart Attacks A Day” powinna wyjść w naszym kraju już dawno. Ale z drugiej strony każde wydawnictwo tego rodzaju zwiększa ogólny optymizm co do formy naszego rynku muzycznego.

Fajerwerków i wodotrysków nie ma. Jest za to produkcja na dobrym poziomie i szerokie instrumentarium elegancko urozmaicające całość. Fortepian, rozmaite efekty gitarowe, smyczki – słychać, że materiał był długo dopieszczany i starano się z niego sporo wyciągnąć. Cieszą również teksty w języku Wyspiarzy nie straszące prostotą, jak to często u nas bywa. Maciejewski w roli twórcy anglojęzycznych piosenek wypada naturalnie i przekonywująco.

Na albumie znajduje się wszystko, co porządny, alternatywno-rockowy album zawierać powinien. Jest ładna gitarowa melodia w “Be A Solider”, zabawa samplami w “Death Of A Discus Thrower” (dźwięk szklanych butelek wyrzucanych do śmietnika), jest też lekko shoegaze’owe “The Sickening”. Najciekawszym utworem z całego zestawu wydaje się elektroniczne “Random Guilt Generator”, przypominające brzemieniem dokonania Röyksopp. Wszystkie utwory trochę zlewają się razem, jednak zrzucam to na karb spójnego zamysłu i nie zaliczałbym tego jako wadę

No i wyszło w sumie na to, że Drivealone zrobił na mnie większe wrażenie niż Muchy. Pewnie wynika to z faktu, że bardziej przemawia do mnie melancholia niż wesołe i skoczne piosenki. “Thirty Heart Attacks A Day” to solidnie wykonana robota, która potrafi przynieść sporą dozę satysfakcji słuchaczowi. Lubujący się w post-rockowych, zabarwionych elektroniką klimatach powinni ten album sprawdzić.

Krzysztof Kowalczyk