Relacjeprzemek

Dużo gitar, mało miejsca

Relacjeprzemek

Dużo gitar, mało miejsca
25 .10.2013/Pauza, Kraków

Relacja z koncertu Kwoon.

O uroczym supporcie, jaki dla kanadyjskiej formacji stanowił występ Patrick the Pan, napisała już koleżanka z redakcji. Ja na ten występ rozmyślnie nie dotarłam. Nie, żebym nie ceniła kruków Piotra Madeja, nawet byłam ciekawa, jak on i koncertowi koledzy rozwinęli umiejętności od kiedy ostatnim razem widziałam ich na jednym z pierwszych występów, podczas Green Zoo. Kłopot w tym, że nie pamiętam koncertu w Krakowie, który nie wystartowałby z opóźnieniem. Jeśli coś jest zapowiadane na 20:00 to masz prawie 100% szans, że na pewno nie zacznie się o tej godzinie. A potencjalny widz niekoniecznie ma czas i ochotę siedzieć w klubie i umierać z nudów w oczekiwaniu. Więc kiedy weszłam do zatłoczonych piwnic klubu Pauza Patrick the Pan grali już ostatni kawałek, swoją drogą ten, którego raczej nie cenię – wokalista zahacza o Rojka, a słowa tak namiętnie ją całujesz wasza miłość jest taka piękna wyśpiewywane tym rzewnym głosikiem nieodmiennie wywołują grymas na mojej twarzy. To tak żeby dorzucić jakiś kontrast do zachwytów.

Zanim zajmiemy się Kwoonem, chciałabym zatrzymać się na zatłoczonych piwnicach Pauzy. To jest klub, który nie nadaje się na koncerty. Przynajmniej nie na takie. Unsoundowe didżejowanie jeszcze jakoś ujdzie, bo przynajmniej wykonawca mieści się na scenie, chociaż ja osobiście nie przepadam za ściskaniem się w tłumie, wszystko jedno, na koncercie czy w autobusie. Już nie wspominając o opcji tańczenia, czyli w tym wypadku dla odmiany ocierania się z tłumem. Francuska formacja ma mnóstwo instrumentów, Patrick the Pan mają mnóstwo kruków, w klubie nie ma zaplecza – wynik: przepychanki międzykoncertowe. Dodatkowo w trakcie koncertu okazało się, że oprócz miejsca w Pauzie brakuje też oświetlenia – panowie stwierdzili, że jednak trudno gra się po ciemku i próbowali nawet przyświecać sobie komórkami, dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, aby wykorzystać ekran do wizualizacji. Ogólnie duży dyskomfort i nie polecam.

Kwoon to post rockowy skład wyposażony w trzy gitary, bas, perkusję i wiolonczelę. Oprócz tego, że nie mieścił się na scenie w Pauzie, taka liczba instrumentów przyczyniła się też do przyjemnego, bogatego brzmienia. Na uwagę zasługiwała zwłaszcza praca wiolonczelistki, być może to za jej sprawą zespół był porównywany (niesłusznie) do Godspeed You! Black Emperor. Francuskiej formacji brakuje jednak energii klasyków gatunku – momenty “z przykopem” są, ale zatopione w niemrawych i melancholijnych dźwiękach jakoś nie robią takiego wrażenia, jak powinny. Co nie znaczy, że koncert nie był udany. Nastrojowe kompozycje Kwoon bujały doskonale, czarowały dźwiękiem cymbałków czy tajemniczymi odgłosami wydobywanymi przy pomocy skrzypienia smyczkiem po strunach (hm, trudno to opisać, ale jeśli weźmiesz smyczek, ustawisz go prostopadle do strun, przyłożysz do nich wszystkich na raz i będziesz go obracać niczym wskazówkę zegara, to mniej więcej to) czy pocierania talerzy (perkusyjnych). Całość wieńczył delikatny śpiew wokalisty. Zagrali swój największy hit, jeśli może być mowa o hicie w przypadku raczej mało znanego zespołu, “I Lived on the Moon” a także kawałki takie jak “Great Escape”, “Shizophrenic”, “Blue Melody” czy “Wark”. Zakończyli bardzo klimatycznie, wspólnym cichym śpiewem.

Koncert Kwoon może na Księżyc nie przenosi, ale jest rzeczywiście uroczy. Następnym razem w stosowniejszej przestrzeni poproszę.

Katarzyna Borowiec