Ed Thomas – “Outlaws” EP

Ed Thomas – “Outlaws” EP
Virgin EMI Records/2014

Most wanted.

W tętniącym muzyką mieście Londyn pojawił się wokalista o niezwykłym głosie i niebywałym talencie kompozytorskim. Przez ostatnich osiemnaście miesięcy ukrywał się pisząc utwory dla innych wykonawców (m.in. Bondaxa i Chase & Status). W międzyczasie działał też na własne konto. Zgromadzone w ten sposób kompozycje postanowił umieścić na swojej debiutanckiej EP-ce “Outlaws”, którą oddaje właśnie w ręce słuchaczy. Poszukiwany żywy: Ed Thomas!

Na razie informacja o wyjętym spod prawa przybita jest na drzwiach budynku, w którym rezyduje miejscowy szeryf i tylko przypadkowi przechodnie zwracają na nią uwagę (miałem szczęście być jednym z nich). Natomiast pewien jestem, że już wkrótce podobizna Eda Thomasa pojawi się na co drugim przydrożnym słupie. Wszyscy będą zachwycać się jego twórczością i każdy będzie chciał dostać jego płytę w swoje ręce.

Tymczasem przyjrzałem się z bliska EP-ce Thomasa. Rozpoczyna ją tytułowa kompozycja “Outlaws”, którą przedstawia się jako interesujący wokalista (o barwie głosu podobnej do Jamie’ego Lidella) i zarazem utalentowany aranżer. Jego dominujący nad muzyką śpiew zanurzony jest w przestrzennych, piętrzących się i wzbierających niczym fale klawiszach, połamanym beacie i licznych efektach. W “Let It Take” Thomas chyba zorientował się, że zaczął wzbudzać zainteresowanie i wyraźnie przyspieszył kroku chcąc jeszcze przez chwilę pozostać nierozpoznawalnym. Na szczęście dogoniłem go i nie pozwoliłem mu zniknąć w tłumie. Dynamiczny utwór został oparty na podobnym patencie, co poprzedni (wokal, syntezatory), ale słychać też dźwięk tamburynu i wybijającą rytm perkusję. Uciekający przed nieuchronnym wzrostem popularności Brytyjczyk postanowił zatrzymać się i zaczerpnąć świeżego powietrza. W najbardziej emocjonalnym “Away” uniosłem się wraz z Thomasem ponad miastem, jakby w zwolnionym tempie, i po chwili znów za nim gnałem ile tchu w piersiach. Zaskoczył mnie gitarowy, kojarzący się ze Snow Patrol, pop-rockowy finał kompozycji. W kolejnym utworze, Thomas przekonuje, że jest niegroźnym banitą i nie chce nikogo skrzywdzić. “Hurt” to najbardziej intymna kompozycja, w której słychać szum winylowej płyty, półszept i stonowany wokal, który wraz z upływem czasu zaczyna się powoli wyrywać. Subtelność i elektroniczny minimalizm, których nie powstydziłby się sam Jamie Woon. Muszę przyznać, że z przyjemnością dałem się postrzelić i pozwolę na to jeszcze nie jeden raz. Na sam koniec przyłapałem Eda Thomasa namawiającego się z Lidellem, policjantami z Miami i Glorią Estefan. Podążyłem za nimi na małą huśtawkę nastrojów zawieszoną wyraźnie w latach osiemdziesiątych. “On My Own” to zdecydowanie najbardziej bujający i optymistyczny utwór mini-albumu, którym artysta, bez choćby najmniejszego draśnięcia, zgrabnie wymyka się z zasadzki.

“Outlaws” to może nie napad stulecia, ale bardzo udana robota debiutanta, której nie powstydziłby się nawet największy złoczyńca muzycznego dzikiego zachodu. Czekam na kolejny skok Thomasa, którym zapewne rozbije on bank i zgarnie całą pulę.

Szymon Matlak