Relacjeprzemek

Elektroniczny chłód – relacja z festiwalu Nowa Muzyka

Relacjeprzemek

Elektroniczny chłód – relacja z festiwalu Nowa Muzyka
22-24.08.2013/Katowice

Na rozgrzanie najlepszy jest taniec.

W ramach aperitifu w czwartek, przed dwoma głównymi dniami festiwalu w Galerii Szyb Wilson odbyły się dwa koncerty. Vladislav Delay w roli supportu to trochę pomyłka z uwagi na klasę, jaką reprezentuje. W Katowicach zagrał zgrabny set, zawierający zarówno gamę hałaśliwych dźwięków jak i momenty bardziej taneczne. Mnie przypadła do gustu ta początkowa część, przepełniona szumami i trzaskami. BadBadNotGood, zaskakująca gwiazda wieczoru, nie przekonali mnie w kwestii słuszności swego obsadzenia w tej roli. Owszem, zespół brzmi o niebo lepiej niż na płycie (swoją przygodę z “BBNG 2″ wspominam dość przykro; starałam się o tym zapomnieć i właściwie jedyne pozostające wrażenie to “straszny kicz”). Nadal nie przekonuje mnie zastępowanie wokalu basem i masa kiczowatych klawiszy, ale Chester Hansen ma rzeczywiście wyjątkowo sprawne palce i równie miło patrzy się na młócącego perkusję Alexandra Sowinskiego. Trzeciego elementu mogłoby nie być. Czy to Kanye West czy to Gucci Mane, ulubionym chwytem wodzirejskim lidera BBNG jest when that beat drops I want to see everybody jumping as high as you can. Dobrze, że po trzech takich zagraniach musieli zakończyć koncert, bo robiło się strasznie monotonnie.

Taneczny piątek

Tegoroczna edycja Nowej Muzyki odbyła się raz jeszcze w Dolinie Trzech Stawów. Teren ten silnie kojarzy się z OFF Festivalem, dlatego miło, że główna scena przybrała postać namiotu – dzięki temu było trochę mniej rojkowo. Był też nieco mniejszy namiot, nazwany Littlebig/Wigwam Stage i najmniejszy Red Bull Music Academy Stage oraz Showcase Stage, jedyna scena w tradycyjnej formie, upchnięta na uboczu strefy gastronomicznej.

Pierwszego dnia na owej najmniejszej scenie w ramach showcase’u Mik Musik występowali polscy artyści. Rozpoczął DJ Czarny Latawiec, który oprócz uroczej nazwy ma również zdolność produkowania muzyki intrygująco hałaśliwej. Pomiędzy szumy wtłoczył sampel z utworu “Wszystko płynie” z repertuaru Asi Miny. Całkiem dobry początek dnia pełnego bardziej tanecznych setów.

Nieźle spośród polskiej reprezentacji wypadł również Auer, producent sprawnie miksujący zarówno polski hip-hop jak i przeboje typu “California Dreamin’”, który rozkręcał imprezę na scenie Red Bulla. Później pojawił się tam między innymi Yosi Horikawa, do bitów którego tańczył już spory tłum. Urozmaicenie stanowił Thundercat, do funkowego grania dodając śpiew bardziej w stylu soulu czy r’n'b. Występ znacząco odstawał od pozostałych tego dnia, co można policzyć zarówno na plus jak i minus…

Najciekawsze rzeczy działy się jednak na dwóch większych scenach. Littlebig Stage rozbujała Holly Herndon, do muzyki dodając miksowany na żywo głos (własny). Całość ładnie dopełniały wizualizacje, których autorem był Akihiko Tanaguchi. Darling Farah zaczął spokojnie, ale pod koniec porządnie się rozkręcił, prezentując bardziej intensywne bity i taneczne dźwięki. Do geometrycznych wizualizacji grali LFO, wywołując różne wrażenia wśród słuchaczy, choć nie ulega wątpliwości, że i tym razem koniec zwieńczył dzieło i ostatnie takty były najlepsze. Nie zawiódł Venetian Snares, jak zwykle miażdżący uszy słuchaczy ciężkimi breakcore’ami, w które wplatał niekiedy smyczkowe partie z ulubionej przez fanów “Rossz Csillag Alatt Született”.

Najwspanialszy koncert miał jednak miejsce, czemu trudno się dziwić, na scenie głównej. Pierwsza występowała tam Novika, stały gość festiwalu, niezbyt wyróżniający się na tle innych, ciekawszych projektów. Później na scenę wjechały dwa fortepiany, na których Richard Dorfmeister i Rupert Huber położyli mnóstwo sprzętów elektronicznych. Choć duet Tosca porusza się w gatunku chillout/downtempo, w Katowicach zagrali dosyć skocznie, a towarzyszący im Earl Zinger bawił publiczność niczym rasowy MC. Była też wokalistka, a wszystko to razem, choć nawet przyjemne, było nieco zbyt kiczowate.

Królem wieczoru, a nawet całego festiwalu, okazał się Jon Hopkins. O mistrzostwie tego muzyka można było przekonać się na Nowej Muzyce już w roku 2009. Niedawno Hopkins wydał piąty album, “Immunity”, który jak na razie według mnie jest najlepszą płytą tego roku. W Katowicach można było nie tylko posłuchać tego fantastycznego materiału, ale także przekonać się o tym, jak powinien wyglądać porządny elektroniczny koncert. W przypadku Hopkinsa nie ma bowiem mowy o biernym odtwarzaniu nagranych wcześniej dźwięków – albumu możemy posłuchać sobie w domu, na koncercie dostajemy nową wersję, żywą, zaskakującą i nie mniej wspaniałą. Muzyk porusza się swobodnie między dźwiękami, przeplatając motywy z albumów ze spontanicznie generowanymi brzmieniami. Była odrobina ciężkich tonów dubstepowych, kilka spokojniejszych momentów rodem z “Opalescent”, ale przede wszystkim mnóstwo tanecznej energii. Wszystko spójne, choć szalenie eklektyczne. W pewnym momencie Hopkins zakrył nawet ekran laptopa, skupiając się na pozostałych sprzętach.

Dobry set zaprezentował również Amon Tobin jako Two Fingers, albo raczej One Finger, ze względu na nieobecność współtwórcy projektu, Joe Chapmana (udzielał się na pierwszym z dwóch albumów Two Fingers). Miks hip-hopu, grime’u, dubstepu i r’n'b oraz kawałki takie jak “Vengeance Rhythm” sprawdziły się świetnie. Nieco słabiej na tle poprzedników wypadł Squarepusher z ekranem na głowie, grający oddzielone przerwami kawałki. W dodatku pod koniec koncertu zawiodła go gitara basowa…

Eklektyczna sobota

Drugiego dnia było bardziej zróżnicowanie i choć nie mniej elektronicznie, jednak w sposób o wiele mniej typowy. Zamiast panów za stołami zastawionymi urządzeniami z mnóstwem kabli oraz laptopami, na scenach pojawiły się zespoły instrumentalne, w tym orkiestry symfoniczne.

Showcase Stage obsadzili tym razem muzycy z Wielkiej Brytanii (wśród których dziwnym trafem znalazł się Omar Souleyman, tym razem budzący mniej entuzjazmu wśród publiczności, i słusznie. Ileż można się bawić do arabskich hitów weselnych?). Na wyróżnienie spośród nich zasłużył Redinho, przy pomocy fascynującego urządzenia zwanego talk box modyfikujący głosem dźwięki instrumentu klawiszowego, który na dodatek trzymał niczym gitarę. Girl you got me play with fire to jedna z tych linijek, które śpiewa się później bez przerwy.

Red Bull Stage ucierpiała z powodu odwołania występu DJa Koze, co poskutkowało zmianami w programie. Ponadto prawie wszystko tego dnia się spóźniało, łącznie z Matiasem Aguayo. Sid Le Rock zagrał później niż początkowo planowano, prezentując łagodne, bujające dźwięki. Grał ładnie, ale mało angażująco, ciekawsze niż muzyka okazały się jego ruchy…

Na Littlebig Stage, tajemniczo przemianowanej tego dnia na Wigwam, królowały piosenki. Wygrał SOHN, pan, który bawił się trochę w Jamesa Blake’a, ale robił to w tak urzekający sposób, że porównania szybko ustąpiły zachwytom. Smutek okraszony elektroniką uderzał z niesamowitą mocą gdy wokalista śpiewał all this fuss over nothing/reinventing the wheel/all this searching for something/that’s not real. Choć nie wszystkie piosenki miały takie proste i piękne teksty (dla przykładu refren Bloodflows – my love don’t love me), wszystkie upiększał czysty, wysoki głos muzyka. Do towarzystwa miał dwóch instrumentalistów. Później w podobnych klimatach chciał zagrać samotnie Deptford Goth, trudno jednak ocenić, na ile mu się to udało, ponieważ jego delikatne kompozycje niemal całkowicie zagłuszał szalejący nieopodal duet Coma.

Gregor Schwellenbach, choć prezentował przearażnowane kompozycje artystów z wytwórni Kompakt, był chyba najbardziej niepasującym elementem na całej Nowej Muzyce. Bez tanecznej mocy, z utworami brzmiącymi raczej jak ścieżka dźwiękowa do filmu niemego, próbujący udzielić widowni kilku ciekawych lekcji na temat muzyki klasycznej, zdawał się być kompletnie zagubiony w krainie wiksy dookoła. A szkoda, bo w innych warunkach mógłby to być świetny koncert.

O tym, że orkiestra symfoniczna może mimo wszystko doskonale pasować do elektronicznego festiwalu przekonali widzów Nowej Muzyki Brandt Brauer Frick Ensemble w ubiegłym roku. Również i tego lata można ich było zobaczyć z tej samej okazji, tym razem na głównej scenie. Mimo uatrakcyjnienia koncertu gościnnym występem Eriki Janunger (w zaawansowanej ciąży), kolektyw wypadł nieco słabiej niż poprzednio. Było to zasługą cięższych, mniej tanecznych a bardziej ponurych utworów z najnowszej płyty, “Miami”. Nie do końca trafne wydaje mi się także zastąpienie rytmicznego tekstu “Pretend” żalami Janunger. Wykonawcom nie posłużył ponadto status gwiazdy – pod główną sceną było więcej ludzi, którzy okazali się mniej uważnymi słuchaczami. W kulminacyjnym momencie “606 Rock’n'Roll” pełniący rolę lidera Paul Frick (czarujący publiczność ciężkim niemieckim żartem…) musiał wręcz poprosić o ciszę.

Niewielu ludzi widziało za to występ grupy OCET, która przyjechała aż z Nowej Zelandii. Pierwszy koncert na głównej scenie, o godzinie 17:00 okazał się godnym większej publiczności – zespół zaprezentował ciekawe połączenie elektroniki z instrumentami akustycznymi, takimi jak kontrabas czy gitara. Trochę jazzu, trochę funka, dużo energii. Mimo garstki widzów grali do ostatniej minuty przewidzianego czasu.

Czego nie da się powiedzieć o występujących po nich London Grammar, którzy nie dość, że się spóźnili, to jeszcze zeszli ze sceny za wcześnie. Tego nietaktu nie wyrównał ani potężny głos, jakim dysponuje Hannah Reid (czego studyjnie nie słychać tak dobrze, jak na żywo) ani urocze pioseneczki w stylu “Are You Gonna Leave Me?”, “Wasting My Young Years” czy “Wicked Game” Chrisa Isaaka. Tym bardziej, że ten ostatni w wykonaniu tria niewiele różni się od oryginału, co nie świadczy najlepiej o ich umiejętnościach w kwestii coverowania.

Mistrzem zabawy głosem okazał się Jamie Lidell w popisowy sposób miksujący na żywo własne partie wokalne. Forma była zachwycająca, treść występu mniej, przynajmniej dla tych, których nie olśniewa głos Lidella i sposób jego wykorzystywania przywodzący nieco na myśl Michaela Jacksona.

Był jeszcze Moderat. Widziałam tych państwa raz, stojąc za laptopami puszczali swoje kawałki. Potem widziałam ich po raz drugi i znów – zero grania, jota w jotę to samo, co na albumie. Na moje stwierdzenie, że można sobie to puścić w domu, jedna z koleżanek stwierdziła, że nie ma dobrych głośników. Ja mam całkiem nienajgorsze, więc odpuściłam sobie trzeci raz. Co prawda panowie wydali niedawno drugi album, ale prezentują go “na żywo” chyba w ten sam sposób, co poprzedni, przynajmniej sądząc po dźwiękach dobiegających z oddali. Już wolę The Knife i ich danceoke niż Moderatowe granie w pasjansa.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku Nowa Muzyka wróci do swojej pierwotnej scenografii, bo w Dolinie Trzech Stawów jest po zmroku przeraźliwie zimno i w końcu nawet taniec przestaje pomagać. Sierpień zalatuje już jesienią i miło byłoby żegnać lato na starej dobrej kopalnianej pseudoplaży.

Katarzyna Borowiec
Fot. Radosław Kaźmierczak (materiały organizatora)