Faith No More – “Sol Invictus”

Faith No More – “Sol Invictus” Ipecac, Reclamation/2015

Cuda na kiju.

Utalentowany pan Patton. Parafrazując tytuł znanego filmu (“Utalentowany Pan Ripley”) właśnie takimi słowami można opisać frontmana Faith No More. Przemawiają za tym niesamowite pokłady energii, chryzma i wszechstronność (udział w projektach: Peeping Tom, Mr. Bungle, Fantômas, Tomahawk). Nic więc dziwnego, że na pierwsze od 18 lat studyjne wydawnictwo zespołu zatytułowane “Sol Invictus” wszyscy fani czekali z utęsknieniem, a cała reszta z wielką ciekawością. Aż w końcu nadeszła wiekopomna chwila i pewnego dnia wzeszło “Słońce Niezwyciężone” (“Sol Invictus”).

Album rockowy, złożony z przeciwieństw i pełen interesujących pomysłów. Muzyczna uczta sprzeczności, spośród których każdy bez trudu wyszuka jakiś kąsek dla siebie. To artystyczny nieład (“Matador”, w którym można znaleźć cała masę dobroci – od klawiszy, poprzez pulsujący bas Billa Goulda na intrygującym wokalu Pattona kończąc) usłany chaotycznymi, pokręconymi dźwiękami (“Sunny Side Up”), łagodnymi melodiami (chociażby “Motherfucker”), mocnymi, drapieżnymi riffami (np. dziki “Superhero”), wpadającymi w ucho refrenami i wrzaskami Pattona (nie tylko w “Black Friday”). Poniekąd nieprzewidywalny i w 100% klimatyczny (garażowy “Rise of the Fall”). A co najistotniejsze, ani trochę nudny czy wtórny. I tu pojawia się paradoks, bo nie jest nasączony nowoczesnością, nie stara się gonić współczesnych trendów i jednocześnie w żadnym wypadku nie cofa się – nie brzmi jak muzyka sprzed kilu dekad (ewidentnie nie utknął w latach 90.), przez co trudno uwierzyć, że od wydania poprzedniego krążka (“Album of the Year”) minęło aż 18 lat (!). W tym miejscu wypadałoby jednak zaznaczyć, że nie jest to wybitne wydawnictwo, które przyćmi wszystkie inne z tego roku i zapadanie w pamięć tak głęboko, że wwierci się w mózg.

To album bardzo poprawny, ale nie niezwykły. Trochę mroczny, ze szczyptą rozrywki. Niby spójny, ale zarazem eklektyczny i różnorodny (bo na tym opiera się charakterystyczny, wypracowany przez lata styl zespołu). I na pewno nastrojowy, czego przykładem jest “Separation Anxiety” gdzie budowanie nastroju wysuwa się na pierwszy plan. Zresztą konstruowanie napięcia i stopniowanie emocji to najważniejsze elementy na tej płycie. Krótko mówiąc “cuda na kiju” – wydaje się, że zespół zaprosi w nowe, nieznane dotąd dźwiękowe rejony, tymczasem w trakcie podróży, między kolejnymi, przyspieszającymi bicie serca uderzeniami perkusji, przejmującymi krzykami i podstępnymi, złowieszczymi riffami, okazuje się, że to doskonale znana przestrzeń, jakże typowa dla Faith No More.

Aneta Wieczorek