Fang Island – “Major”

Fang Island – “Major”
Sargent House/2012

Przybijania piątek ciąg dalszy.

Trudno znaleźć lepszą etykietkę na muzykę tego brooklyńskiego kwartetu niż ukute przez nich samych określenie “everyone high-fiving everyone”. Ich poprzedni album nie tylko zaczynał się i kończył dźwiękami sztucznych ogni (ten patent zgapili w tym roku Japandroids na swoim fantastycznym drugim albumie), ale sam w sobie był fajerwerkiem, muzyczną kofeiną. Bombastyczne riffy wspomagały stadionowe zaśpiewy, ale prawdziwych piosenek było jak na lekarstwo. Za eksplozją energii, szedł desant motywów, które pojawiały się tak szybko, jak znikały.

Dwa lata później Fang Island nadal chcą przybijać piątki całemu światu, ale robię to trochę inaczej. Riffy nie porażają tak mocno, za to uwydatniła się rola wokali. Nie są to trudne teksty, więc idealnie nadają się na śpiewanie w wielkich halach koncertowych. Więcej jest też klawiszy, ba, “Kindergarten”, “Chimes” i “Victorinian” są oparte na dźwiękach fortepianu. Klasycznych przebojów na “Major” raczej się nie uświadczy. Podobnie, jak na “Fang Island” większość utworów nie podąża za schematem zwrotk-refren, lecz ciągnie się linearnie lub przeciwnie, są bardzo repetytywne. Słychać hair metal, indie rock, echa Jimmy Eat World z “Bleed American”, hard rock. Te wszystkie motywy łączy jedno. Radość i afirmacja życia, dzieciństwa oraz wszystkich pozytywnych emocji. To one są siłą napędową Fang Island. Za nic im smutek i tragedie, czym zaprzeczają stereotypowi, że dobry artysta to smutny artysta. Od ich doskonałych melodii trudno się uwolnić.

“Major” jest odrobinę bardziej stonowane od “Fang Island”, ale brooklyńczycy nadal pobudzają lepiej niż sześciopak red bulli.

Michał Wieczorek