Feist – “Metals”

Feist – “Metals”
Polydor/2011

Na wiosnę album jesieni.

“Metals” jest rezultatem podróży. Autorka po sukcesie czwartej płyty postanowiła porzucić instrumenty i sale koncertowe, aby powłóczyć się po świecie. Po takiej separacji z muzyką nie dziwi inne oblicze artystki. W końcu… to jednak było rozstanie!

Z obecnej, po-metalsowej perspektywy czasowej przebojowość poprzedniego albumu Leslie Feist rośnie. Prócz twardych dowodów szerokiego zasięgu krążka sprzed pięciu lat (m.in. podkład muzyczny kilku reklam), zestawiając go z materiałem zawartym na ostatnim albumie, poprzedni wydaje się być nieznośnie lekki i na wskroś popowy.

To nie ta sama Feist i nic w tym dziwnego. Po 4 latach wydała płytę niezwykle konsekwentną – bez wabików dla przypadkowych słuchaczy. Albo bierzesz w całości, albo szukaj innej. Trudno z tych dwunastu trudnych piosenek wybrać choć jedną, która wyłamałaby się z konwencji surowo brzmiących ballad i zjednała kilka dodatkowych par uszu jakąś lżejszą partią, sympatyczną zagrywką, chwytliwym refrenem, czymkolwiek.

Zdecydowanie dużo mniej tu gitary. Feist zbliżyła się do klawiszy i postawiła na solidną porcję sekcji rytmicznej, okraszając to niekiedy trąbkami i zastępem smyczków. Zbudowała na “Metals” nieco archaiczny klimat. Momentami wydaje się, że mamy do czynienia z kolejną nudną, zawodzącą melodią nadwrażliwej, romantycznej młodej damy (niemalże sprzed wieków), na szczęście tylko do czasu. Gdzieś tam niespodziewanie z letargu wytrąca buntownicza perkusja i chór, co zdaje się tym razem być patentem Feist (doskonały przykład w “A Commotion”). I dzięki niemu Feist nieco rozpędza tę płytę. Odrywa się od flegmatycznych i mdłych kompozycji, dodając im odrobinę buntowniczości.

“How Come You Never Go There” – zwiastun albumu, to najmocniejszy punkt “Metals”. Urocza, niespieszna ballada z hipnotycznym chórkiem. Klawisze igrają z elektryczną gitarą, całość w ryzach trzyma perkusja. Na dłużej zatrzymuje także opener – “The Bad In Each Other” i “Bittersweet Melodies”. Tytuł tej ostatniej chyba dosyć trafnie oddaje charakter całości – to ciągle subtelne, wewnętrznie rozedrgane, słodko-gorzkie ballady. Taki właśnie urok Feist.

Katarzyna Wojtasik