Fenech-Soler – “Rituals”

Fenech-Soler – “Rituals”
Warner Bros./Beyond/2013

W poszukiwaniu fal.

Elektroniczni surferzy powracają i są na fali. Od czasu do czasu zdarza im się jeszcze stracić równowagę i wpaść do wody, lecz po chwili z powrotem wdrapują się na deskę i znów są w ślizgu. Fenech-Soler znacząco ujednolicili i wygładzili swoje brzmienie, i choć postanowili podpłynąć bliżej nurtu muzyki popularnej, to wcale nie mam im tego za złe.

Album “Rituals” (drugi w dorobku zespołu) zaczyna się od małej rozgrzewki, która przygotuje słuchacza do wyprawy nad ocean. Przed wyruszeniem w poszukiwaniu fal należy nabrać energii przy dźwiękach słonecznego elektro-popowego utworu “Youth”,  odpowiednio przygotować swoje ciało, słuchając wybuchającego niczym gejzer “All I Know”, wreszcie złapać ulubioną deskę pod pachę i wskoczyć z przyjaciółmi do oldschoolowego campera. Jeśli ktoś nie urodził się surferem, to nic nie szkodzi – można przecież rozpocząć swoją przygodę z oceanicznymi sportami wodnymi od paddleboardingu (np. leżeć na desce na brzuchu i płynąć napędzając ją ruchem rąk) lub po prostu na chwilę zamknąć oczy i zanurzyć się w letnim “In Our Blood” (wybrałem ten sposób). Właśnie przy pierwszym refrenie chwytliwej kompozycji otworzyłem je i morze dźwięków użytych przez Fenech-Soler na “Rituals” ma przede mną już mniej tajemnic (obok przeróżnych syntezatorów słychać również instrumenty przypominające elektroniczną cytrę i karaibską marimbę).

Nieco już wtajemniczony w nową płytę brytyjskiego zespołu rozpocząłem “Ritual I”, który okazał się być wstępem do przebojowego singla “Last Forever”. Utwór tryska orzeźwiającym optymizmem i sprawia, że nawet gdy za oknem panuje jesienna plucha, to czuję się jak Kelly Slater (wybitny surfer amerykański) w mistrzowskiej formie. Ile bym dał, żeby ten stan trwał zawsze!

Nieodłącznym elementem “rytuałów” są tańce przy dźwiękach bębnów. “Somebody” to kompozycja iście goddardowska (mowa o Joe Goddardzie z Hot Chip, znakomitym remikserze i współzałożycielu wytwórni Greco-Roman), która niejeden klubowy parkiet przemieni w piaszczystą plażę i wypełni ludźmi spragnionymi zabawy do samego wschodu słońca. Bez dwóch zdań należy ona do moich ulubionych fal dźwięku na płycie. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o “Fading” będącym niemal wierną kopią “Princess Of China” z repertuaru zespołu Coldplay. Podobieństwo słychać zwłaszcza w refrenie, gdzie śpiew Bena Duffy’ego niewiele się różni od partii wokalnych Rihanny. Surferzy z Fenech-Soler podpłynęli zdecydowanie zbyt blisko “rekinów” popu i zostali przez nich zaatakowani. Być może to sława działa na nich tak “Magnetic” i dlatego nagrali kolejny przebojowy utwór, któremu nie można zbyt wiele zarzucić. Pewnie tym razem zainspirowali się usłyszaną w komercyjnym radiu kompozycją Calvina Harrisa i wyraźnie pozazdrościli mu popularności. O dziwo, imprezowy utwór może połączyć fanów muzyki alternatywnej i popularnej. Ot, spotkanie na pograniczu. Jak dla mnie zrobiło się tu jednak zbyt tłoczno.

Szukam więc przede wszystkim kolejnych wysokich fal, które pozwolą mi swobodnie płynąć i czerpać przyjemność z “przechodzenia” przez “Rituals”. Ponoć można je znaleźć nieopodal wyspy “Maiyu”. Postanowiłem przekonać się o tym na własnej skórze. Trafiłem do bajkowego zakątka, gdzie kilkumetrowe fale dźwięku (podobne do tych w “Somebody”) przyprawiają o prawdziwy dreszczyk. Solidna kotłowanina klawiszy syntezatorów i zsamplowane trąbki domagają się wielokrotnego ślizgu lasera (jeśli ktoś woli – igły) po płycie. Spoglądając na ocean i zachodzące słońce surferzy ruszają w kierunku Biarritz i San Sebastian. W poszukiwaniu kolejnych wrażeń zmierzam z nimi do “Two Cities”, które okazują się być najbardziej rockowym utworem na “Rituals”. Dobrze przetworzone metaliczne gitary tworzą zarazem tło i szkielet kompozycji, a dynamiczny bas i rezonujące, chwilami błagalne partie wokalne Bena Duffy’ego nieco kojarzą mi się z dokonaniami Kele Okereke i Bloc Party. Przecież trochę brudu, piasku, zadrapań, a nawet szram wcale nie zaszkodzi elektronicznym surferom.

Na zakończenie “rytuałów” i sezonu Fenech-Soler zapraszają na wielki finał. W “Glow” przelewają się wszystkie dotychczas wybrzmiałe dźwięki, które niczym spienione grzywacze załamują się i wciągają słuchacza w muzyczną kotłowaninę. Utwór rozpoczyna się dość agresywnym przesterowanym motywem w stylu kanadyjskiego elektronicznego duetu MSTRKRFT i wygrywanym na perkusji wyrazistym rytmem. Miejscami kompozycja zwalnia, dając nieco wytchnienia – słychać cykanie świerszczy, partie pianina i gitarowe solówki – by po chwili znów zaatakować z siłą tsunami.

Fenech-Soler swoim drugim albumem “płyną” na kompromis. Chcą nadążać za trendami panującymi w muzyce popularnej i jednocześnie trzymać się swoich alternatywnych elektronicznych korzeni. Wydaje się, że właściwie balansując pomiędzy wieloma muzycznymi stylami są w stanie długo utrzymać się na fali. Pytanie tylko kim chcą być tak na prawdę -  cieszącymi się wolnością muzycznymi surferami czy płotkami wśród “rekinów” show-biznesu?

Szymon Matlak