Fismoll – “Box of Feathers”

Fismoll – “Box of Feathers”
Nextpop/2015

Pierwszy melancholik RP.

Druga płyta Arkadiusza Glenska, występującego pod pseudonimem Fismoll, była jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Raz, bo w ostatnich latach pojawiła się w Polsce całkiem spora grupa odbiorców tzw. poszukujących lub, jak kto woli, wymagających. Dwa, bo jesienią 2013 roku Fismoll był odtrutką na cały, wydawało się, dość przewidywalny rynek muzyczny. Co prawda, szczerych i interesujących artystów nam nie brakuje, ale tylko niewielu z nich potrafi  zagościć na dłużej w świadomości także tych nie poszukujących. Albumem “At Glade” (recenzja) Fismoll zahaczył o główny nurt, bez legendarnego już “pójścia na kompromisy”. Nowy krążek to kontynuacja sprawdzonej drogi.

“Box of Feathers” to płyta zbudowana na klimacie. Bez świecidełek i ozdobników. Nawet jeśli Fismoll nadal jest zafascynowany islandzkim brzmieniem spod znaku Sigur Rós, jest to inspiracja subtelna, wyznaczająca jedynie ogólny punkt, do którego Fis docelowo chce dotrzeć. Bo nowy album z pewnością nie wyczerpał jego potencjału. Na “Box of Feathers” trudno szukać lepszych czy gorszych utworów, przebojów i niewypałów. Płyta jest równa i spójna kompozycyjnie. Muzycy zadbali o bogatsze brzmienie, jest więcej instrumentów i pomysłów aranżacyjnych, co słychać już w otwierającym płytę singlu “Eager Boy“.

Podobnie brzmi “Tales”. Rozpoczyna się delikatną gitarą, lecz za chwilę robi się głośniej, bardziej zdecydowanie, za sprawą soczystych partii bębnów. Rośnie też wokal Fisa, który staje się pewny i chyba bardziej uniwersalny, nic nie tracąc z pierwotnych atutów, zbudowanych wokół melancholii (nie mylić ze smutkiem).

“Box of Feathers” jest powrotem do naturalnych emocji, pozwala wyhamować, pomyśleć, poczuć. Koniec końców, stawiając poza nawias cały przemysł muzyczny, zostajemy z muzyką sam na sam. W takich warunkach twórczość Fismolla się broni.

Tomasz Błaszkiewicz