Fisz Emade Tworzywo – “Mamut”

Fisz Emade Tworzywo – “Mamut”
Agora/Art2 Music/2014

Zmieniamy szyld i jedziemy dalej.

Od kilku lat dokonania braci Waglewskich wywołują u mnie coraz mniej entuzjazmu. Kim Nowak, wbrew powszechnemu zachwytowi, wydawał mi się projektem strasznie wtórnym i nieco irytującym, a dodatkowo odniosłem wrażenie, że na sukces duży wpływ miała magia nazwiska. W przypadku “Mamuta” początki znajomości z płytą zapowiadały, iż sympatia do braci zgaśnie już niemal całkowicie.

Oto na promocję albumu i pierwszą piosenkę na płycie panowie wybrali “Pył” i zdziwienie całkowicie mną zawładnęło. Piosenka, używając łagodnych słów, jest katastrofalna. Wydawało się, że Waglewscy poczynili tym samym spektakularny krok w tył. Brzmieć jak Kamp! czy The Dumplings to w ich przypadku pomysł z gatunku tych totalnie beznadziejnych, a mówienie o poszukiwaniu ciekawych rozwiązań i alternatyw zabrzmiało niczym nieśmieszny żart. Po przesłuchaniu całej płyty uznaję, że jeszcze nie jest konieczne głośne wykrzykiwanie: Nie idźcie tą drogą, ale mam też obawy, czy obrana ścieżka nie zaprowadzi Fisza i Emade donikąd.

“Mamut” to na szczęście nie tylko zabawy w electro-pop, ale raczej stylistyczny rozmach. Najwyraźniej panowie mają problem z wsiąknięciem w jedno miejsce, czego dowodem jest fakt, iż od lat nie potrafią się zdecydować nawet na jedną konkretną nazwę swojego projektu.  Tego rodzaju strategia i nieustanne próbowanie czegoś nowego ma swoje zalety. Tylko w przypadku Fisza i Emade momentami już mnie to trochę męczy. Teraz postawili na przebojowość i nasączoną alternatywą chwytliwość. Na “Mamucie” momentami do uszu dobiega więc trip-hop (“Wojna”), trochę rocka (“Karate”), soulu (“Ślady”) oraz hip-hopu (“Dzień dobry”). Wszystko to sobie płynie i nie jest w stanie wywołać większych emocji. Brakuje zauroczenia, czegoś sprawiającego, że chociaż jedna ciarka przejdzie po plecach. Czasami wprawdzie uszy jakoś naturalnie wystawiają się do głośników (“Ślady”), by jednak w innych momentach pojawiła się ochota zasłonięcia ich rękoma (“Zwiedzam świat”).

“Mamut” to płyta z pewnością ciekawa, ale jakoś nie sądzę, by chciało mi się do niej jeszcze wracać. Waglewscy niewątpliwie potwierdzają, że talent mają olbrzymi. Tylko czy naprawdę muszą dzielić się każdym kolejnym odkryciem i każdą fascynacją muzyczną? Jeśli w subtelności jest im do twarzy (“Ślady”, “Wróć”), to zabawy w przebojowość z nieprawdopodobnie wtórnymi podkładami (“Pył”, “Piwnica”) są wręcz beznadziejne.

Michał Stępniak