Fleet Foxes – “Helplessness Blues”

Fleet Foxes – “Helplessness Blues”
Bella Union, Sub Pop/2011

Kolejny świeży powiew folku.

Szczerze mówiąc, raczej nigdy nie byłam jakąś wybitną fanką muzyki folkowej. Ceniłam i cenię Boba Dylana, bo wobec takiego geniuszu trudno przejść obojętnie, ale obecnie rzadko kiedy szukam czegoś nowego na tym gruncie muzycznym. I kiedy już to robię mam nadzieję znaleźć coś naprawdę wybitnego, coś, co mnie poruszy i oderwie na chwilę od miejskiej rzeczywistości, a nie przytłoczy powtarzalnością i nudą. Dlatego dobrze, że są takie zespoły jak Fleet Foxes, które nie poprzestają na debiucie.

Już na “Fleet Foxes” (recenzja tu) słychać tę tęsknotę za niczym nieskrępowaną przyrodą i wolnością, jaką niesie ta pierwsza. Za czasami, kiedy Ameryka nie była mocarstwem pakującym się w coraz to nowe zbrojenia, ale prawdziwym azylem wielokulturowości. Robin Pecknold i spółka w przeważnie gitarowych aranżacjach zapraszają w kojącą podróż poprzez dziewicze lasy, pachnące łąki i bezkresne polne drogi, a wszystkiemu towarzyszy wrażenie tęsknoty za czymś, co nigdy nie powróci. To muzyka z ogródka Boba Dylana, przyprawiona inspiracjami z Animal Collective (nie ucieknie się chyba od tych porównań), ale przerobiona na coś wybitnie współczesnego i świeżego. I panowie z Fleet Foxes kontynuują to również na swym drugim albumie zatytułowanym “Helplessness Blues”.

Słuchając debiutu zawsze miałam wrażenie, że ta natura, o jakiej opowiada zespół jest trochę jakby w cieniu, że wprawdzie pobrzmiewa w piosenkach wyjątkowa dojrzałość i samoświadomość Amerykanów ze Seattle, to jednak wciąż nie do końca ugruntowana. Dlatego taką radość sprawiła mi druga płyta, na której Fleet Foxes już całkowicie rozwinęli skrzydła, stając się żywszym, bardziej emocjonalnym i pewnym siebie zespołem. I mimo że nadal można ich szufladkować jako folk, to jeśli miałabym to robić, stworzyłabym łatkę “miejski folk”, gdyż to niby nadal sielskość, ale dla mnie to sielskość już z przedmieść. Może to tylko osobiste wrażenie, to jednak utrzymuje się przez wszystkie piosenki, zapętlone gdzieś w gitarowych aranżacjach, czasem uzupełnianych przez skrzypce bądź cymbałki.

Jednak przede wszystkim najsilniejszym punktem w muzyce Fleet Foxes jest bez wątpienia głos Robina Pecknolda, bez którego wszystko byłoby tylko amatorskim pobrzękiwaniem chłopaków z dużymi ambicjami. A że ci mają ich pod dostatkiem słychać było już na debiucie, zaś płyta “Helplessness Blues” tylko to potwierdza. Wokal, choć z wyraźnie ograniczonymi możliwościami, okrasza piosenki czystością i ekspresją. Żywość i eklektyzm “The Shrine / An Argument” przywołuje na myśl najlepsze lata Animal Collective i jest to zresztą moim zdaniem najlepsza piosenka na albumie. Z kolei “Lorelai” urzeka subtelnością, zaś w wesołym “Battery Kinzie” słychać jeszcze wciąż idee przyświecające debiutowi. Wszystko kończy pełne energii “Grown Ocean” i wydaje się, że fale oceanu z niesamowitą gwałtownością wylewają się z tej muzyki, pozostawiając słuchacza w rozedrganiu i z wciąż tupiącą do rytmu nogą, podczas gdy wszystko dawno już ucichło.

Ta płyta nie jest już tak sielska jak debiutanckie “Fleet Foxes”. Rozpoczynająca ją “Montezuma” otwiera jakieś niezgłębione mroczne zakątki, pulsujące energią czeluście lasów, a może też przedmiejskich zaułków. Zespół doskonale wiedział, co czynił obierając taką drogę. Dojrzałość ich drugiego albumu pozwala sądzić, że są to artyści, o których na pewno jeszcze usłyszymy.

Monika Pomijan