Florence and the Machine – “Ceremonials”

Florence and the Machine – “Ceremonials”
Island/2011

Hymny o niczym.

Florence Welch naprawdę się upiekło. Od bycia ulubienicą brytyjskiej prasy i słuchaczy alternatywy jeszcze przed wydaniem debiutu, do komercyjnego sukcesu, łącznie z wystąpieniem w 2010 roku na The Brit Awards razem z Dizzee Rascalem. I to wszystko działo się w pełni zasłużenie, bowiem “Lungs” było świetną płytą.  Widziałem we Florence artystkę, która mogłaby przejąć schedę pozostawioną przez Kate Bush. Rewelacyjny singiel “Heavy in Your Arms”, nagrany na ścieżkę dźwiękową filmowej sagi “Zaćmienie”, podsycał nadzieję, iż rzeczywiście tak się może stać – wyrazista, mroczna atmosfera piosenki wskazywała, że Welch dojrzała i nabrała charakteru. Gdy jednak ukazała się pierwsza jaskółka drugiego albumu, czyli “What the Water Gave Me”, zacząłem nabierać wątpliwości.

Brak dużego budżetu był prawdziwym zbawieniem dla piosenkarki przy tworzeniu debiutu. Zmusiło ją to do kombinowania i zabawy ze stylistyką, czego efektem było choćby rock’n'rollowe “Kiss with a Fist”. Na “Ceremonials” panuje przepych, który jest niczym zdobienie na wydmuszce, okazującej się w środku rozczarowująco pustą. W porównaniu do “Lungs”, wszystkiego jest tutaj więcej – z wyjątkiem piosenek. Rozbuchane aranżacje, długie wprowadzenia do piosenek i równie przeciągane, patetyczne finałowe refreny. Florence skacze swoim głosem po skalach bez umiaru, co szybko staje się męczące. Dlatego tak miły wyjątek stanowi “Breaking Down”, bo Angielka nie forsuje na nim swojego wokalu do granic możliwości.

Za przesadnym rozmachem idzie także brak dobrych tekstów – na “Ceremonials” piosenki zdają się traktować o niczym. Welch zagubiła znaną z debiutu umiejętność opowiadania ciekawych historii, albo to o burzliwej kłótni (“Kiss with a Fist”), albo o pasji pewnego chłopaka (“My Boy Builds Coffins”). W bezsensownie pędzących do przodu “Lover to Lover” czy “Spectrum” słychać jedynie puste frazesy o miłości, wielkiej sile, blasku itd. Tak, jakby kolejne kawałki stanowiły tylko pretekst do wykrzyczenia się w pełnym upojeniu nad własną muzyką.

Mam dziwne wrażenie, że Florence celowała w te rejony od dawna, jedynie możliwości finansowe jej na to nie pozwalały. Teraz może stać się królową własnego muzycznego świata, szamanką tańczącą na koncertach do swoich hymnów. Szkoda, że najlepiej bawić się będzie ona sama.

Krzysztof Kowalczyk