Foals – “What Went Down”

Foals – “What Went Down”
Warner Bros./Transgressive/2015

Foals robią swoje.

Wiele wskazywało, że teraz im się nie uda. Po trzech znakomitych płytach powinno przecież przyjść pewne rozprężenie. W takich przypadkach mnóstwo zespołów decyduje się na minimalistyczne podejście, polegające na sięgnięciu po strategię wykorzystywania sprawdzonych rozwiązań czy też dorabiania durnej ideologii do słabego materiału (Muse). Zazwyczaj ku uciesze wiernych fanów i zniesmaczeniu krytyków. Foals zapowiadali małą rewolucję, ale te słowa to raczej “melodia przyszłości”. Nie oznacza to jednak, że nagrali album pełen klisz. Nic z tego. Z tym zespołem jest bowiem tak, że za każdym razem panowie dokładają kolejne elementy do swojej układanki. Składają się na nią nowe inspiracje, ambicje, ale też zapewne istotny jest efekt samego dojrzewania. W ten sposób można zbliżyć się do ideału i wydaje się, że zespół ma wszystko, by cel ten kiedyś osiągnąć. Póki co Foals zrobili wiele, by potwierdzić status headlinera na letnich festiwalach i prawa do tego statusu nikt im nie może odmawiać.

W materiałach promocyjnych i wywiadach Foals za każdym razem powtarzali o specyficznym miejscu, w jakim dokonywali nagrań, czyli wnętrzu opuszczonego XIX-wiecznego młyna we Francji. Te i inne zapowiedzi brzmiały dość groźnie i rodziły podejrzenie, że panowie zdecydowali się na jakieś radykalne kroki i przecieranie zupełnie nowych szlaków. Pierwszy singiel “What Went Down” niejako to potwierdził, ale równocześnie wyostrzył apetyt. Cały album jest już jednak pozbawiony mało oczywistych wycieczek. To w większości Foals jaki doskonale znamy i wypada dodać “na szczęście”, bo formuła ta daleka jest od wyczerpania. Wprawdzie należy zauważyć, że w przeciwieństwie do trzech poprzednich albumów, “What Went Down” jest płytą, której należy dać nieco więcej czasu, a ci co mają tendencję do oceniania po pierwszym przesłuchaniu będą musieli dalej żyć ze świadomością, że wiele fajnej muzyki ich omija. Otrzymujemy więc materiał, w którym obok spokojniejszych utworów, panowie wykorzystują mocniejsze riffy. Rock spotyka się z popem, Foals potrafią być liryczni, ale nie zapominają o zadziorności. Muzycy niezwykle starannie budują klimat, atakują znienacka zwalającymi z nóg refrenami czy efektownymi zakończeniami. W konsekwencji nie będzie przesadą stwierdzenie, że “What Went Down” najbliżej stylistycznie do “Holy Fire”, ale długimi momentami w bardziej interesującym i błyskotliwym wydaniu.

Na “What Went Down” emocji jest mnóstwo, a i smaczków, które usłyszeć można przy kolejnych przesłuchaniach upchnęli Brytyjczycy tutaj więcej niż dotychczas. Czasami Foals wprawdzie zmierzają w rejony, gdzie jest już blisko do poczucia nudy, ale na szczęście wychodzą z tego obronną ręką (po niespecjalnie udanym “Night Swimmers” nadchodzi świetne “London Thunder”) . Po prostu klasa sama w sobie. Za kilka miesięcy Foals staną przed nie lada wyzwaniem, które jest jednak wyzwaniem przyjemnym, bo oto do zestawu przebojów, którymi można kończyć koncerty i pozostawiać publiczność w stanie ekstazy, doszło kilka kolejnych. Być może nie aż takich na miarę “My Number” czy “Spanish Sahara”, ale tytułowy utwór czy “Mountain at My Gates” to więcej niż majstersztyki.

Ktoś, kto po usłyszeniu pierwszego singla spodziewał się, że Foals wypuszczą album, który położy wszystkie inne wydane w tym roku na łopatki i przejmie na stałe żółtą koszulkę lidera w podsumowaniach roku, może odrobinę się zawieść. “What Went Down” to album świetny, z lepszymi, ale też i nieco gorszymi momentami. Nie zmienia to faktu, że Foals pozostają jednym z niewielu zespołów, które trzymają poziom, a i ciągle można liczyć i oczekiwać od nich więcej. Chce się wręcz wierzyć, że prawdziwe arcydzieło mają dopiero przed sobą.

Michał Stępniak