Four Tet – “Pink”

Four Tet  - “Pink”
Text Records/2012

Kieran Hebden tańczy w klubie.

Nie od dzisiaj zresztą. Już poprzedni album brytyjskiego muzyka był bardziej roztańczony niż jego wcześniejsze dokonania, co skwapliwie odnotowali recenzenci. “There Is Love In You” był jednym z najlepszych albumów 2010 roku, a dla Four Teta swego rodzaju przełomem po niezbyt udanym “Everything Ecstatic” (2005), który ekscytujący okazał się dla niewielu. Hebdena większość jego fanów ukochała ze względu na “Rounds” (2003). Ciepła elektronika, emanująca migotliwym światłem i słodkim urokiem zyskała sobie nawet dosyć śmieszne miano “folktroniki”. A to ze względu na dodawanie do generowanych komputerowo dźwięków partii żywych instrumentów. Partie te to jednak nie wszystko, co dodaje Hebden - Nie mam nic wyraźnego, w co mogliby wczytać się ludzie, dlatego lubię umieszczać dużo osobistych rzeczy w muzyce. Jeśli obnażę swoją duszę i sprawię, że będzie to bardziej osobiste, myślę, że ludzie wyczują to w trakcie słuchania. Nie wiem, jak to się dzieje. Ludzie wczytują się w muzykę. Mam wrażenie, że mogą uwierzyć, że staram się przekazać jakieś emocje. To nie jest tylko ćwiczenie techniczne. Na “Pink” nie ma rozmów z siostrą ani bicia serca bratanka, jednak nadal można wyczuć ten emocjonalny wkład.

Nowy album Four Teta nie jest kolejnym albumem po “There Is Love In You”. To zbiór kawałków, które wcześniej pojawiły się tylko na winylu. Pierwszym takim krążkiem było “Locked/Pyramid” (jesień 2011); utwory te Hebden umieścił również w swoim miksie dla Fabric (“Fabriclive 59″). Pierwszy pasuje klimatem do “She Just Likes to Fight”, doskonałego zamknięcia poprzedniej płyty – zawiera podobnie nastrojową gitarę, wzbogaconą dodatkowo zniekształconą partię syntezatorową. Słodka melodia wypełniona światłem, jak na “Rounds”. Takie fragmenty przeplatają się na “Pink” właśnie z utworami typu “Pyramid”, który Four Tet nazwał swoim najbardziej klubowym kawałkiem. Co ciekawe, opiera się on na samplu z “Ain’t it Funny”, w którym Jennifer Lopez śpiewa do Ja Rule’a I remember how you walked away.

Kolejnym singlem był zamykający “Pink” “Pinnacles”, wydany razem z “Ye Ye” Dana Snaitha (tym razem podpisanego jako Daphni, choć szerzej znanego jako Manitoba i Caribou). Tu z kolei mamy bas wyjęty z jakiegoś post-punkowego kawałka. W 2012 roku pojawiło się “128 Harps”, a zaraz po nim “Jupiters/Ocoras”. Ten pierwszy utwór należy do mniej tanecznych, rozbawia samplem wokalnym o treści brzmiącej yepyepyepyepyepyep, przynajmniej w interpretacji części słuchaczy. “Jupiters” kojarzy się nieco z soundtrackami do starych filmów science-fiction. W “Ocoras” Four Tet ociepla klubowe bity typowym dla siebie migotliwym plumkaniem. Pozostałe dwa utwory nie zostały jeszcze wydane na winylu, ale Hebden chce to zrobić wkrótce. “Peace on Earth” mógłby zostać wzięty za element dyskografii Boards of Canada; jest nawet nieco ambientowy i chyba najbardziej odstaje od tej kolekcji tanecznych singli. “Lion” zawiera sample, które można podejrzewać o pochodzenie z życia codziennego Kierana i kończy się dźwiękami kalimby.

Z “Pink” możemy poszaleć na parkiecie, chociaż kilka razy grozi nam wybicie z rytmu. Każdy kawałek przechodzi małą metamorfozę około drugiej minuty. Czy płyta nadaje się do słuchania w zaciszu domowym? Niekoniecznie. Choć nie brakuje tu łagodnych dźwięków, którym Four Tet czaruje od lat. Milej byłoby jednak, gdyby Hebden wyszedł z klubu i wrócił do siebie. Albo przy okazji następnego albumu wymyślił zupełnie inne miejsce.

Katarzyna Borowiec