Foxygen – “We Are 21st Century Ambassadors of Peace and Magic”

Foxygen – “We Are 21st Century Ambassadors of Peace and Magic”
Jagjaguwar/2013

W postmodernistycznym warsztacie krawieckim.

Opowieści Johantahna Rado i Sama France’a o tym, ile “płyt” już stworzyli mogą wywołać tylko ironiczny uśmiech. Panowie realizują się namiętnie odkąd podczas pracy nad nagraniami niejakiego bandu The Fionas (nazywaliśmy się też The Boscos, po moim psie; czyli grupa dwunastolatków udających The Doors jako początek kariery) nikomu oprócz Rado nie spodobały się szalone dogrywki France’a (sample nożyczek i tym podobne). Sypialniana twórczość idzie w dziesiątki “albumów”, ale już jeden z wymienianych buńczucznie przez młodzieńców jako bardziej wartościowy, “Jurassic Exxplosion Philippic”, umieszczony przez duet na sendspace.com, nie pozostawia złudzeń. Obłędnie chaotyczna dawka nie wiadomo czego.

Nieco bardziej okiełznany jest debiut spod skrzydeł wytwórni, “Take the Kids Off Broadway”, ale choć można na nim usłyszeć sztandarowe cechy Foxygen, wciąż jest to niewiele więcej ponad pretensjonalny rozgardiasz z wokalami stylizowanymi na Micka Jaggera. “We Are 21st Century Ambassadors of Peace and Magic” na tle tego bałaganu brzmi zaskakująco. Duetowi udało się ogarnąć i wylizać materiał, nadać mu kształt zgrabnych, wpadających w ucho piosenek, nie pozbawiając go przy tym psychodelii, brudu i spontaniczności.

Idolem chłopców (współpracę jako Foxygen zaczęli w wieku lat 15) był Anton Newcombe, ponoć oglądali w kółko “DIG” i zapragnęli grać na każdym możliwym instrumencie, sporą część z nich nabywając za pośrednictwem internetu. Słuchają głównie muzyki z lat 60. i 70., co doskonale słychać w ich twórczości. Z niemałą dezynwolturą mieszają wszystko ze wszystkim, nie bojąc się dosłownych cytatów i bezpośrednich imitacji. I tak obok Nicka Jaggera mamy Lou Reeda, a “No Destruction” to popis śpiewania a la Bob Dylan (rozrywka ubarwiająca niejedną imprezę), z przymrużeniem oka zakończony dodatkiem harmonijki, tekstowo nawiązujący do zwyczajów wielkiego barda, choć bardzo powierzchownie. Zacząłem udawać Davida Byrne’a kilka lat po rozpoczęciu tworzenia muzyki z Rado. Potem zrozumiałem, że nie jestem Davidem Byrnem, i że to nie jest tak naprawdę moja osobowość. Ale od tej pory dostałem obsesji na punkcie udawania piosenkarzy z albumów, których słuchaliśmy i to zaczęło po prostu przedostawać się do muzyki – mówi France. Oprócz wokalnych natręctw są też partie żywcem ściągnięte z klasyków, że wymienię tylko “Suspicious Minds” Elvisa Presleya w “On Blue Mountain”, resztę zabawy pozostawiając chętnym.

Pomimo iż brzmią niczym koktajl z Velvet Underground, Rolling Stonesów, The Beatles, Dylana i pół kilograma zespołów proto punkowych, a może właśnie dlatego, posiadają wiele uroku. Granie a la lata 60. nie jest niczym nowym – z dorobku szeregów zespołów o nazwach The Cośtams skwapliwie korzystają chociażby Black Lips. Foxygen brakuje jednak ich swobody, bezpretensjonalności i punkowej energii. Rado i France w wywiadach mówią, że chcą się odróżnić od współczesnych wykonawców, którzy twierdzą, że są tylko zwykłymi ludźmi z gitarami. Choć w innych sobie przeczą… Nie kryją chęci manipulowania swoim wizerunkiem (następną płytę zamierzamy promować w ten sposób, że będę mówił, że zwariowałem i wylądowałem w przytułku), więc ostatecznie lepiej im w nic nie wierzyć.

Ta płyta to królestwo pastiszu. Rado i France szyją patchwork ze wszystkiego, co znają i lubią, podszywając się pod najlepszych. Już w otwierającym album “In the Darkness” sami wkładają sobie do kawałka aplauz. Ciężko stwierdzić, czy ich teksty są psychodeliczne, czy po prostu niedbałe; zdarzają im się perełki w stylu cytowanego wszędzie There’s no need to be an asshole / you’re not in Brooklyn anymore. W kilku wywiadach przyznali, że brzmiało to fajnie i dawało pewność, że ktoś się oburzy. Na – również ukradzione z klasyki – lamenty o miłości zostawionej w innym mieście (“San Francisco”) rzeczona odpowiada spoko, i tak się nudziłam. Well it really isn’t even too hard for me / In the twenty, twenty, twent-first century stwierdza France w tytułowym utworze. Pochwała postmodernizmu?

Gdzieniegdzie muzyka Foxygen jest opisana jako eksperymentalna. Choć tu i ówdzie słychać ciekawsze dźwięki, sugerujące, że France nie zrezygnował ze swoich nożyczek, to jednak wydaje się to stwierdzeniem na wyrost. Płyta ma tylko nieco ponad trzydzieści minut, bo rewizytującymi kawałkami duetu można się dość szybko znudzić. Jak na ambasadorów pokoju Amerykanie niosą ze sobą sporo antagonizmów – gorąca obrona miesza się z oskarżeniami o plagiat, niewielką ilość zwolenników mają ich koncerty, przez wielu dziennikarzy określane jako najgorsze, jakie widzieli. Mimo wszystko miło posłuchać, jak młodzi bawią się w Jaggera, Nico z kolegami i Dylana. To, co zostaje potem w głowie, to jednak Stonesi, Beatlesi i Zimmermann, a nie Foxygen.

Katarzyna Borowiec