Franz Ferdinand – “Right Thoughts, Right Words, Right Action”

Franz Ferdinand – “Right Thoughts, Right Words, Right Action”
Domino/2013

Nowy taniec, tylko dziwny.

Pamiętacie rok 2009? Czasy, kiedy Black Eyed Peas zmienili się w monosylabistów? Kiedy Lady Gaga straszyła ze swoją twarzą pokerzysty? Kiedy Kings of Leon wojowali stacje radiowe “Use Somebody”, kiedy tzw. samojebki pojawiały się coraz częściej w naszej schorowanej świadomości, kiedy Nasza Klasa odchodziła do lamusa na rzecz Facebooka? To był dziwny rok, ale miał kilka dobrych momentów, np. takie Franz Ferdinand, którzy w tamtym czasie przeżywali renesans swojej twórczości z albumem “Tonight: Franz Ferdinand” (recenzja), który może nie porwał krytyków nie dostając żadnej nagrody, ale na pewno podbił serca fanów tak świetnymi szlagierami jak “Ulysses” czy “No You Girls”, przez co nie byli już tymi podstarzałymi Brytyjczykami od skocznych indie-rockowych popierdółek, tylko zespołem z wizją i pałeczką do eksperymentów.

Tym bardziej nie dziwi mnie to, że na kolejną płytę przyszło czekać kolejne cztery lata, podczas których zespół intensywnie koncertował, a następnie zapadł się pod ziemię, by nie zdradzać szczegółów swojego dzieła, po czym zaskoczyć wszystkich tym, że płyta pojawi się lada moment. Może nie była to zagrywka w stylu Radiohead czy ostatnich podrygów Beyonce, ale i tak miło było się dowiedzieć, że to nie ostatni podryg Szkotów.

“Right Thoughts, Right Words, Right Action” może zaczyna się dość niepozornie radosną melodyjką w “Right Action” – przyjemnego, choć niewnoszącego specjalnie dużo openera, ale im głębiej zapuszczamy się w album, tym więcej szalonych smaczków można znaleźć. Kapranos i koledzy zachęceni sukcesem “Tonight…” najwyraźniej postanowili dalej nie bawić się w półśrodki i kontynuować tę drogę w mistrzowski sposób. Nie tylko mamy tutaj ejtisowe klawisze, charczące gitary na reverbach, dochodzą do tego liczne małe patenciki: przybrudzone taśmy, duszny klimat im towarzyszący, wokalne harmonie, wysunięcie do przodu wysokich brzmień talerzy itp. Do tego sam Kapranos jako Prince House Rabbit sprawował pieczę jako producent płyty, pomagali mu m.in. Taylor i Goddard z Hot Chip, Björn Yttling z Peter Bjorn and John czy Todd Terje, który dał nam niezapomniany track “Inspector Norse“, przez co muzycznie płyta plasuje się między szalonymi działaniami z elektroniką a łopatologicznym indie rockiem przyprószonym nutą wariactwa.

Jak wspomniałem wcześniej, wejście albumu było raczej do przewidzenia, ale kolejne indeksy na płycie kierują w coraz ciekawsze rejony. “Evil Eye” wzbogacone o genialny teledysk faktycznie brzmi jak niezła ścieżka dźwiękowa do horroru klasy B (choć najwyraźniej dobrze się też sprawdza w reklamie samochodów), “Fresh Strawberries” ze swoimi poduszkowymi klawiszami i gitarach naładowanych chorusami krzyżuje się w dziwną hybrydę groove’u The Police z magicznymi refrenami niczym z zaginionego katalogu Beatlesów, “Bullet” to niemalże punkrockowa torpeda ze świetną harmonią głosową i gitarą w stylu “tak kiedyś graliśmy i jeszcze pamiętamy, jak się to robi”. Ostatnie trzy kawałki to już totalny odjazd: “The Universe Expanded” oraz “Brief Encounters” bawią się trochę kliszowatą wersją space rockowych odysei, zaś wieńczące album “Goodbye Lovers & Friends” brzmi trochę jak młodsza siostra “Lucid Dreams” z poprzedniego albumu grupy, wzbogacone tym razem o delikatne nawiązania do dźwięków muzyki indyjskiej, by zakończyć to świetną progresją akordową refrenu wkręcającą się w głowę niczym dobry śrubokręt.

Jak dla mnie, powrót Franz Ferdinand na piedestał brytyjskiego mainstreamowego grania jest w pełni zasłużony, bo “Right Thoughts, Right Words, Right Action” to materiał wciąż dobry, wciąż świeży i nie tak znowu łatwy w odbiorze, ale przynajmniej chętnie do niego się wraca. Dla mnie wygrali zdecydowanie w pojedynku na pupilków wytwórni Domino z Arctic Monkeys, bo “AM” to album porządny, choć nie tak bardzo, jak najnowszy wybryk Szkotów. Nie jest to poziom hymnów pokroju “Take Me Out”, ale znów możemy wyszaleć się na parkiecie, tylko tym razem będzie to o wiele dziwniejszy taniec.

P.S. Jeśli macie zamiar kiedyś zakupić album, ogarnijcie wersję dwupłytową, bo dodatkowo jest przewrotnie nazwana płyta live, “Right Notes, Right Words, Wrong Order”, który pokazuje, że Franz Ferdinand bronią się z tym materiałem także na żywo.

Kuba Serafin