Freak Of Nature – “Fabryka zła”

fabrykazla.jpg Freak Of Nature – “Fabryka zła”

Freak Of Nature to ciekawe zjawisko na polskiej scenie muzycznej. Po bardzo dobrze przyjętym debiutanckim “Neurotic States” z 2005 roku, zespół został okrzyknięty “polskim Radiohead”, by już w niewiele ponad rok od zaistnienia zawiesić działalność. I po kolejnym roku ją wznowić. Nowy początek zaowocował zmianą składu i niemal dwuletnią pracą nad albumem. I tą pracę na “Fabryce zła” słychać.

Jeżeli ktoś pamięta ich pierwszy album, a w szczególności znakomity “Palace Of Rainy Sky”, to może się troszeczkę zdziwić. Bo Freak Of Nature odchodzi od “brytyjskiej” stylizacji. Radiohead już tu nie słychać. W zasadzie ciężko materiał z “Fabryki zła” do czegoś porównać. A jeśli już, to do… Freak Of Nature, bo to, co nowy krążek łączy z debiutanckim, to na pewno wyraziste gitary, które na niczym nie straciły i stanowią bodaj najbardziej charakterystyczną część muzyki F.O.N. Poza tym, ale może to ze względu na fakt, że album nagrany jest w całości po polsku, odnajduję w tym albumie ducha nagrań Voo Voo, Homo Twist (a może bardziej Maleńczuka) czy Gawlińskiego solo (ale podkreślam, ducha, bo przyrównanie ich do siebie to jednak małe nadużycie).

W takim razie, skoro nie gramy już po “brytyjsku”, to jak? “Fabryka zła” to przede wszystkim spora dawka solidnego, klasycznego wręcz, rocka.  Wyraziste gitary, które potrafią być tak ciężkie, jak i nostalgiczne. Smaczku dodaje wykorzystanie na tym albumie takich instrumentów jak harfa, sitar czy mandolina – bardzo ciekawe urozmaicenie, które dodaje muzyce oryginalności. Jednak rock to nie wszystko. To, co może być znakiem firmowym płyty (a może i już samego zespołu), to wprowadzenie elementów kabaretu (taki powiew inności i świeżości). A żeby nie było nudno, to jeszcze mamy udział rapera Duże Pe  (m.in. Masala) w “Unikaj takich miejsc”. A przede wszystkim – wokal! Ar został chyba stworzony, by być wokalistą rockowym.

Osobnym działem są jeszcze teksty. Ich autora chciałbym osobiście poznać: to musi być osoba o sporym doświadczeniu i mądrości życiowej. Bo w tekstach odnajdziemy po prostu życie. I to raczej ciemniejszą jego stronę. Sporo w nich nostalgii, trochę autoironii, rozważań nad samym sobą, traconej miłości… Liryka na równi z muzyką buduje klimat tego albumu i takie piosenki jak “Być jak Albert Fish” czy “Nickolson Waltz” są tego najlepszym dowodem.

“Fabryka zła” spodoba się przede wszystkim osobom, które mają już dość brytyjsko-amerykańskiego indie rocka i jemu podobnych stylizacji. Osobom tęskniącym za solidnością muzyki i tekstu, za wyrazistością brzmienia. Niestety, nie wróżę albumowi medialnego sukcesu, bo choć jak najbardziej zasługuje na szerokie jego zaprezentowanie, to w realiach polskiego szołbiznesu zaistnieć nie ma szans. A może to i dobrze…

Marcin Szczepanek