Relacjeprzemek

Garbage zagrali w Krakowie – relacja

Relacjeprzemek

Garbage zagrali w Krakowie – relacja
Kraków/16.11.2012

Taki koncert może się już nie zdarzyć.

Jeszcze w styczniu nie spodziewałem się, że spełnię swoje nastoletnie marzenie i zobaczę Garbage na żywo. A fakt, że uda mi się to dwukrotnie w ciągu pięciu miesięcy, potraktowałbym jak zupełne sci-fi. Ale tak właśnie się stało. Koncert w Warszawie zostawił po sobie wrażenie ogromnego niedosytu, wielki stadion wypełniony fanami zupełnie innego zespołu skutecznie pozbawił Garbage entuzjazmu (ale na szczęście nie profesjonalizmu). Zupełnie inaczej było w krakowskim klubie Kwadrat, niedużym (podobno ma pojemność 700 osób), ale szczelnie wypełnionym fanami szkocko-amerykańskiego kwartetu.

Garbage pojawili się na scenie chwilę przed 20 przy ogłuszającym aplauzie publiczności i zaczęli od “Control”, utworu ze swojej najnowszej płyty “Not Your Kind of People”, a potem zaczął się festiwal hitów, poczynając od “I Think I’m Paranoid”, a kończąc ponad półtorej godziny później odświeżoną wersją “Only Happy When It Rains”. Zagrali wszystko, czego można było się spodziewać, a nawet więcej. Przyznali, że nieczęsto grają bondowskie “The World Is Not Enough”(choć w Warszawie też zabrzmiało), ale zupełnym zaskoczeniem był “#1 Crush” z filmu “Romeo i Julia”. Mnie jednak najbardziej ucieszyło “Hammering In My Head” od wielu lat moja ukochana piosenka Garbage. Szkoda tylko, że znów trochę po macoszemu potraktowali “beautifulgarbage” i “Bleed Like Me”, z tej pierwszej usłyszeliśmy dwie piosenki, z tej drugiej tylko jedną.

Zaskoczeni gorącym przyjęciem krakowskiej publiczności muzycy zagrali z ogromną werwą, a przecież trzeba pamiętać, że do najmłodszych nie należą. Shirley, jak to ona, w samym centrum uwagi rozsyłała buziaki, kokietowała, tańczyła, tarzała się po scenie, przemawiała o tolerancji i równości, wrażeniach z wizyty w Oświęcimiu, urodzie Krakowa. Schowany za ekranami z pleksi Butch Vig uderzał bębny z precyzją i zapalczywością. Gitarowy duet: wąsaty Steve Marker w czapeczce i nienagannie elegancki Duke Erikson grali oszczędnie, bez zbędnych popisów, jednocześnie prezentując pokaźną kolekcję instrumentów, gitary zmieniali co piosenkę. Wreszcie schowany w cieniu, bo niebędący oficjalnym członkiem zespołu basista Eric Avery, najbardziej znany z klasycznego składu Jane’s Addiction. Tak prezentowali się wczoraj.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki “Only Happy When It Rains”, a muzycy już zeszli ze sceny, od strony wokalnej zaprezentował się Erikson, wyśpiewując podziękowania w rytm bluesa. To chyba najlepsze podsumowanie tego bardzo wyjątkowego wieczoru.

Michał Wieczorek