Glass Animals – “Zaba”

Glass Animals – “Zaba”
Wolf Tone/2014

Industrialne etno – awangarda w dżungli.

Opowiem Wam pewną historię.

Szliśmy brzegiem rzeki, ale dobiegły do nas jakieś dziwne dźwięki. Chcieliśmy sprawdzić, co to jest, więc weszliśmy do lasu. Wraz z “Flip” niespostrzeżenie wślizgnęliśmy się do dżungli, która co chwilę stawała się coraz gęstsza. Dźwięki stawały się bardziej wyraźne, a my stwierdziliśmy, że chcemy iść dalej. “Black Mambo” spowodowało, że sunęliśmy się ospale wąską, wydeptaną przez tubylców ścieżką. Czuliśmy pulsujący bas w powietrzu. Za chwilę usłyszeliśmy odgłosy ptaków i płazów, a podążając za ich śpiewem trafiliśmy na “Pools”. Piosence tej towarzyszyło nagromadzenie instrumentów. Byliśmy coraz bliżej celu. Słyszeliśmy tu wyraźnie pewną etniczność, nigdzie wcześniej niespotykaną. W końcu wkroczyliśmy na teren jakiegoś plemienia, które śpiewało “Gooey” tak, jakby była to swojego rodzaju wyliczanka. Niesamowite było to, jak bardzo to wszystko okraszone było soulem. To chyba jeden z ciekawiej skonstruowanych utworów, jakie słyszeliśmy. Później nastąpiła krótka cisza i zmiana rytmu na “Walla Walla”. Znowu usłyszeliśmy coś na kształt wyliczanki, ale wyliczanka to nie była, to było coś więcej, coś magicznego, a jednocześnie bardzo tajemniczego. Można było usłyszeć tu mnóstwo różnych dźwięków, których kulminacyjny moment nastał przed północą i nagle nastała cisza.

Chyba byliśmy intruzami. Słyszeliśmy gitary i zdeformowane odgłosy zwierząt, i “Intruxx”, a w powietrzu utrzymywała się nasza niepewność i dziwne zainteresowanie tubylców. Na szczęście nie mieli złych zamiarów. Chcieli jedynie pokazać nam swoją muzykę w całej okazałości. Dzięki “Hazey” usłyszeliśmy mnóstwo perkusjonaliów. Było spokojnie, a wokół rozpościerała się hipnotyzująca aura. Byliśmy odurzeni, a przy “Toes” zaczęliśmy zasypiać. Za chwilę mieliśmy do czynienia z “Wyrd” i wtedy postanowiliśmy wracać, choć te etniczno-industrialne melodie były nader interesujące. Byliśmy już sami, ale ciągle słyszeliśmy piosenkę “Cocoa Hooves”, która była nieco odmienna od tego, co słyszeliśmy wcześniej. To ballada, której rytm był bardzo ulotny. Ciągle kroczyliśmy po dżungli, było naprawdę gorąco, a w powietrzu utrzymywał się wydźwięk usypiającego “Jdnt”. W końcu znaleźliśmy się na plaży i padliśmy jak zabici na piasku. Ja i czterech mężczyzn z Oxfordu.

Tych czterech nazywało się Glass Animals i postanowili odtworzyć to, co wtedy zobaczyli i usłyszeli. Wszelkie rytuały, którym poddali te dźwięki nadały im nowego znaczenia. Całe to połączenie elektroniki z lejącym się soulem, ospałym trip-hopem i rytmicznym etno było dla mnie zagadką, którą chciałabym ciągle rozwiązywać.

“Zaba” to album tajemniczy, ociekający tropikalnym klimatem. Za każdym razem kiedy kończę go słuchać powietrze jest gęste i mokre, a ja ocieram pot z rozgrzanego czoła. Czy powtórzę tę wycieczkę po dżungli z panami z Glass Animals? Mimo tego, że jest upał, to tak, chętnie zapuszczę się jeszcze raz w te chaszcze elektroniki. Niech ich muzyka subtelnie sunie się po kątach od czasu do czasu przypominając o swojej obecności mocniejszym zestawieniem różnych brzmień.

Ewelina Malinowska