Relacjeprzemek

Głód koncertów – relacja z festiwalu Primavera Sound, cz. 5

Relacjeprzemek

Głód koncertów – relacja z festiwalu Primavera Sound, cz. 5

Deser: cukrowy jeleń do spożycia w jaskini.

Część pierwszaczęść drugaczęść trzecia, część czwarta

Główna część festiwalu Primavera odbywa się w Parc del Forum, ale atrakcje są nie tylko tam, jak już wiecie z pierwszej części tej długiej relacji. Na zakończenie znów wróciłyśmy do klubu Apolo, tym razem koncerty odbywały się również w przeciwległym Barts. Znów, tak jak na początku, dużo było tam zespołów nieciekawych, ale pojawiły się także wisienki na torcie.

Natalia: Wreszcie pożegnalne koncerty na Via Paral.Lel. Zaczęło się tragicznie, kiedy w Barts zasiadłyśmy dzielnie do słuchania starego jak świat alternatywnego zespołu w stylu The Smiths czy cośtam innego z Wielkiej Brytanii, ja z wyraźnym nabożnym życzeniem, żeby to było jakieś ładne odkrycie wielkiego talentu, który po prostu przeszedł niezauważony, bo tak przecież bywa. Ale nie, ich brak sławy jest absolutnie uzasadniony – straszne, pretensjonalne smęty o miłości, żałosne teksty i muzyka do kotleta. Panowie nazywają się The Orchids i zdecydowanie nie marnujcie na nich czasu.

Katarzyna: Potwierdzam, był to tatuśkowaty zespół wyglądający jak prosto z festiwalu w Pcimiu, gdyby na wiejskich festiwalach zamiast lokalnego folkloru i disco polo pokazywały się podrzędne brytyjskie zespoliki. Odpowiednik czegoś takiego widziałam zresztą kiedyś w Krakowie na open micu i na takich okazjach The Orchids powinni się skupić.

Natalia: Później była Julie Doiron, pani z gitarą (to już alarmujące), która znudziła nas jeszcze bardziej bezustanną repetycją: każdy kawałek brzmiał dokładnie tak samo. Starała się być urocza i fajnie, że zdecydowała się na koncert z elektrykiem w ręce w zaawansowanej ciąży, zabrakło jednak jaj w tym koncercie (feministki, nie czepiajcie się).

Katarzyna: Julie na początku była urocza, ale jak długo można słuchać tej samej piosenki… zwłaszcza będąc po tygodniu intensywnego koncertowania. Ani ona, ani towarzyszący jej pan z drugą gitarą nie byli w stanie zatrzymać nas do końca.

Natalia: Dopiero Allah-Las nas pobudzili. Odnalazłyśmy sobie cudny kącik w sali Apolo, z którego widać było muzyków z boku (bardzo miła i niespotykana perspektywa), a ci przenieśli nas w lata sześćdziesiąte. Było trochę beatlesowsko, trochę kinksowsko, trochę psychodelicznie, trochę lo-fi. Naprawdę świetnie zagrany koncert, aż się ten sztampowy obraz pustyni i niekończących dróg narzucał słuchaczowi.

Katarzyna: Nieodparcie przypominali mi moich ukochanych Black Lips – to równie bezpretensjonalne, beztroskie czerpanie pełnymi garściami z klasyki rocka, zwłaszcza tego surfującego. Gitarowe czary a la Velvet Underground doprawione energicznym wokalem. Momentami panowie brzmieli jak Dire Straits i to już było nieco mniej fajne, ale dobrze było zobaczyć ten koncert, bo podobno Black Lips są mniej przyjemni na żywo, kultywując ducha punkowego przy pomocy różnego rodzaju płynów ustrojowych.

Zajrzałam jeszcze na chwilę na koncert Merchandise, którym ty wzgardziłaś na podstawie występu w Parc del Forum, i nie wydał mi się szczególnie okropny – wokalista ma bardzo miły, niski głos, muzyka jest w porządku. Ale może rzeczywiście szybko się to nudzi.

Natalia: Przepięknie wypadł za to Haxan Cloak. Majstersztyk. Idealnie pasowała mu malutka przestrzeń dolnej sali Apolo, pomalowana na czarno i uzupełniona surowymi kratami i jakimiś elementami instalacji. Artysta zniknął gdzieś w tej ciemności, otoczony tylko białą mgłą gęstą jak mleko, którą czasami wstrząsały błyski stetoskopu. Nie musieliśmy go oglądać, wystarczyła ta masa doznań, które dostarcza słuchaczom swoimi dźwiękami. Jego nowa płyta, “Excavation”, ma tę specjalną właściwość, że nie jest tak właściwie do słuchania, a przynajmniej nie do końca – część częstotliwości rozgrywa się w starciu z podłogą, ścianami, ma wibrować, pomijając słuch trafiać do umysłu. To się udało doskonale: zmysły zostały wyciszone, bo bodźców było niewiele, pozostało więc tylko przeżywanie i pochłanianie tego, co pozostało: trochę światła, mnóstwa dźwięków i gigantycznych, mrocznych wibracji. Tytuł płyty doskonale nazywa to doświadczenie zanurzania się w samym sobie, sięgania po rzeczy niewidoczne i głęboko ukryte, a niesamowicie ciemne, ambientowo-dronowe obrazy, które maluje Haxan, są idealnym przewodnikiem.

Katarzyna: Haxan zabrał nas do swojej jaskini, stając się przewodnikiem niewidzialnym, ale jego obecność była odczuwalna bardzo dobrze. Salą wstrząsały grzmoty jego muzyki skojarzone z błyskawicami reflektorów, wszystko było mroczne i budowało niesamowity klimat. Właściwie nie było potrzeby patrzenia na scenę, przy zamkniętych oczach rozpryski światła nadal docierały gdzieś pod powieki, a brak rozgadanych Hiszpanów w zasięgu wzroku pozwalał lepiej zanurzyć się w produkowanej przez wykonawcę przestrzeni. Wkradały się w to wszystko nieco bardziej taneczne bity, doskonale podkreślając na zasadzie kontrastu mocniejsze, mniej ustrukturyzowane brzmienia. Uczestnikom OFFa gorąco polecam.

Natalia: No i na koniec Deerhunter, czyli moje nowe koncertowe uzależnienie – nie wiem, czy tej nocy nie byli jeszcze lepsi niż na Ray Banie dwa dni wcześniej. Zdarzyło się trochę więcej, mam też wrażenie, że delikatna nostalgia wdarła się w ten koncert, szczególnie, gdy pod sam koniec zaczęły dominować długie przesterowane hałasy – muzycy poddali się nastrojom, a Bradford zdawał się jakoś taki… smutny? Mimo to zakończenie koncertu było niesamowite, “Agoraphobia” przeszła w bardzo długi jazgot gitar, cudowny punkt kulminacyjny. Większość utworów już i tak słyszeliśmy dwa dni wcześniej, i znowu żałowałam, że nie zechcieli wrzucić na listę “Operation”. Koncert w każdym razie fantastyczny.

Katarzyna: Setlista niby prawie identyczna, ale koncert inny – chyba nikogo nie trzeba szczególnie przekonywać do tezy, że im mniejsza sala, tym milej. W Apolo było nieco intymniej, można było podejść bliżej, dostrzec smutek Bradforda bez pośrednictwa kamer, muzycy też jakby po dwóch koncertach lepiej się rozkręcili. Wszystko było bardziej hałaśliwe, spontaniczne, szalone. Locket mniej śpiewał, panowie w pewnym momencie porzucili wyjące gitary i wyszli, ale wrócili na smakowity bis, grając perfekcyjne połączenie melodii z nieokiełznanym hałasem. Miejmy nadzieję, że po występie na sierpniowym festiwalu Łowcy zawitają również do jakiegoś polskiego klubu.

Primavera jest świetnym wyborem dla każdego, kto chce zażyć w pigułce wszystkie hity koncertowe sezonu. Nie do końca satysfakcjonująca jest taka godzina, na przykład Nicka Cave’a, publiczność hiszpańska ma mnóstwo mankamentów. Ale uczta muzyczna jest prawdziwie wykwintna. Pierwszą ogłoszoną gwiazdą przyszłorocznej edycji jest powracający po latach Neutral Milk Hotel.

Katarzyna Borowiec wraz z Natalią Skoczylas

fot. Xarlene (materiały organizatora, w których nie ma zdjęć z niedzieli – czwartkowy Deerhunter)