Lao Che – “Gospel”

gospel.jpg

Gospel inny niż wszystkie

Po mrocznych “Gusłach” i poruszającym “Powstaniu Warszawskim” Lao Che znów zaskakuje i udowadnia, że drugiego takiego zespołu na polskim rynku muzycznym nie ma. Trzeci w ich dorobku album “Gospel” to swobodne i radosne granie inspirowane… Biblią.

Szalony pomysł – połączyć radosne dźwięki niczym wzięte z kreskówek, gospelowe chórki i teksty traktujące o Bogu. Ale proszę się nie obawiać – nie znajdziemy tu kościelnego zadęcia i pielgrzymkowych songów. “Gospel” składa się z dwunastu kawałków, stanowiących połączenie literackości (jak zwykle zespół bawi się w cytowanie innych znanych tekstów) i językowej swobody. Mamy więc rozmowę ze Stwórcą (“nie będę do Pana telefonował?”), dalej: “Bóg zapłać” stylizowane na gospel z chórkiem wykrzykującym “daj mi!”. Czasem jest zabawnie i zaskakująco (“Krystian daj spokój, nie warto się wychylać” – skierowane do wiadomego odbiorcy z Nowego Testamentu), czasem refleksyjnie (“Ty człowiek jesteś?”).
Warstwa muzyczna albumu także pełna jest niespodzianek. Przeważają: szybki rytm i lekkie dźwięki, ale niekiedy robi się ostro i rockowo.

Widać, że Lao Che wzbrania się przed wpisaniem w jeden nurt muzyczny i oddaje się radosnym eksperymentom z brzmieniami. I trzeba przyznać, że świetnie się tego słucha. Być może “Gospel” zdziwi fanów płockiej grupy swoją lekkością i radosnym przesłaniem tej muzyki. Ale nie jest to zarzut, przeciwnie – to bardzo dobrze, że zespół nie poprzestaje na wypróbowanych schematach i ciągle sprawdza się w coraz to nowej stylistyce.

Widać, że chłopaki z Lao Che mają ogromną frajdę z muzyki, którą tworzą i ta radość udziela się nam – słuchaczom. Szkoda, że tak mało jest u nas zespołów, które nie boją się artystycznego ryzyka i bawią się tym, co robią. Ciekawe, czym jeszcze zaskoczy nas “Spięty” z kolegami… Bo o to, że znów powieje świeżością, jestem absolutnie pewna.

Eliza Gaust