Relacjeprzemek

Green Zoo zimą

Relacjeprzemek

Green Zoo zimą
30.01/2.02/4.02.2015/Kraków

W ramach cyklu wystąpili Ben Caplan, Yung i Jerusalem in My Heart.

Trzy dni, trzy koncerty w trzech różnych krakowskich klubach, trzech wykonawców zagranicznych, z których dwóch grało już w naszym kraju i jeden polski debiutant.

30.01, Re

Ben Caplan wywołuje w Krakowie taki szał, że aż musiał zagrać dwa koncerty – do ustalonego na 21:00 koncertu dodano jeszcze jeden o 17:00 (zaczął się oczywiście później, bo po co punktualnie). Pan brodacz z gitarą zagrał wiele piosenek, które słyszeliśmy na jego występach w królewskim mieście w 2012 i 2013  rok – “I Got Me a Woman”, “40 Days & 40 Nights”, “Birds with Broken Wings” – które w ubiegłym roku zostały wydane w formie albumu pod tytułem właśnie “Birds with Broken Wings”. Album rozczarowuje – dopadł go jeden z chyba najczęstszych problemów fajnych i wyrazistych singer-songwriterów: przeprodukowanie. Za dużo tutaj tych skrzypek, przeszkadzajek, dodatkowych dźwięków. Tak samo na koncert zabrał Ben tym razem perkusistę, kontrabasistę i wokalistę. O ile panowie stosownie wzbogacali caplanowe kompozycje, o tyle pani po prostu wyła (choć może to być kwestia mojej niechęci wobec większości wysokich głosów) zupełnie niepotrzebnie. Szczególnie rzuciło mi się to w uszy przy okazji utworu “Seed of Love”, który okazał się strasznie irytującą, zupełnie banalną piosenką o miłości. Dla równowagi pojawiło się na szczęście “Drift Apart” z poprzedniego albumu, a Ben był jak zawsze pełen humoru i zdolności do zaangażowania publiczności nie tylko we wspólne śpiewanie. Oprócz gitary grał jeszcze na pianinie, cały występ kończąc jak za dawnych czasów piosenką “Strangers”. Oczywiście nikt go z Re nie wypuścił bez bisów, a w ramach podsumowania uroczego wieczoru uraczył nas piękną anegdotą: po jednym z koncertów podszedł do niego człowiek i powiedział “Miałem okropny dzień – siedziałem osiem godzin w pracy, byłem strasznie zmęczony, ale potem przyszedłem tu do tego baru, a tu byłeś ty, i naprawiłeś mój dzień” na co Ben odpowiedział: “Miałem okropny dzień – siedziałem osiem godzin w vanie…” sami wiecie co dalej. A morał? We need each other. Albumów słuchać nie będę, ale czekam, kiedy Ben Caplan i jego broda pojawią się tu ponownie.

Katarzyna Borowiec

2.02, Szpitalna 1

Najpierw było Zdrowie i kolejny z pierwszych koncertów grupy. Instrumentarium? Dwie gitary – zwykła i basowa, perkusja i klawisze. Do tego dwa wokale. Krótki, przyjemny set. Jedyna uwaga to mała spójność materiału. Sprawdziło się za to nieprzerywanie po każdej piosence. Ponoć pracują nad debiutem. Czekamy.

Goście z Danii sprawdzili się znakomicie w ograniczonej, piwnicznej przestrzeni. Jeżeli o poziomie zespołu rockowego świadczą przede wszystkim występy na żywo, Yung są bliscy mistrzostwa. Póki co wydali pięć płyt, w tym przeciętną zeszłoroczną EP-kę, ale i tak warto śledzić ich poczynania. Pomimo zimy część publiczności postanowiła nawet pogować. Szacun! Zarówno dla bandu jak i widzów. Kilkanaście krótkich utworów, “dziękujemy, trzymajcie się” i to by było na tyle. Fajny, choć ze względu na niewyróżniające się kompozycje, raczej do zapomnienia gig.

Jakub Buszek

4.02, Betel

Jerusalem in My Heart w obecnej formule to duet – manipulujący taśmami filmowiec Charles-André Coderre, który odpowiada za intrygującą oprawę wizualną oraz wokalista i muzyk, operujący na scenie elektroniką, grający na buzuki Radwan Ghazi Moumneh. W dorobku Kanadyjczyka są dwie płyty z dźwiękami i tytułami na tyle egzotycznymi, że ciężko wymienić jakąkolwiek nazwę. Tym bardziej, że projekt preferuje raczej “otwarte” podejście do wykonywanego materiału – projekcje za każdym razem dostosowywane są do miejsca, w którym odbędzie się koncert – performens, Radwan Moumneh natomiast improwizuje zarówno w warstwie wokalnej, jak i instrumentalnej.  Konferansjerka ograniczona została do niezbędnego minimum, a występ podzielony na dwie części. Całość ze względu na swoją egzotykę mogła budzić skojarzenia z pewnym rodzajem rytuałów, szczególnie “obrzędowa” końcówka występu. Mały klub to w przeciwieństwie do hałaśliwego festiwalu, gdzie ciężko o skupienie i zatrzymanie się stanowi idealne miejsce dla takich inicjatyw.

Publiczność dopisała, muzyka też, zimowe Green Zoo wypadło dobrze. Powtórka za rok? Oby. Wcześniej oczywiście edycja majowa.

Jakub Buszek