Grizzly Bear – “Veckatimest”

grizzly-bear.jpg Grizzly Bear – “Veckatimest”

Rok temu Jonny Greenwood nazwał Grizzly Bear swoim ukochanym zespołem. Ciekawe co gitarzysta Radiohead powie na nowy album grupy z Brooklynu? Geniusze, mistrzowie czy następcy Radiogłowych?

Wszystko wskazuje na to, że kariera Grizzly Bear przebiega w doskonałym kierunku. Bardzo dobrze przyjęty debiut z 2004 roku, drugi “Yellow House” uznany za jeden z najlepszych albumów 2006 roku, a teraz “Veckatimest”, który już po kilku pierwszych odsłuchaniach staje się kandydatem na hit obecnego roku.

Trzecia płyta w dorobku nowojorczyków pozornie bardzo przypomina dwie poprzednie, ale… jest inna. Z jednej strony trudniejsza w odbiorze, a z drugiej bardziej zaawansowana kompozycyjnie i wprowadzająca powiew świeżości. Tak jak wcześniej mamy do czynienia z mieszanką muzyki eksperymentalnej, indie i folku, a nawet freak folku. Jednak to czym “Veckatimest” różni się od wcześniejszych wydawnictw to skomplikowane struktury, które często ocierają się o prog-rock spod znaku Mars Volta.

Płyta zaczyna się niespokojnym “Southern Point” z świetną melodią i stylem, który śmiało mogę porównać do “muzyki drogi” a’la Vetiver. Później jest bardziej różnorodnie. Przykładowo drugi utwór zaczyna się charakterystycznym pianinem, by później przerodzić się w balladę i zakończyć wspomnianym chwytliwym stukaniem w klawisze. Dla odmiany “All We Ask” to bardzo mądre melancholijne granie, a kolejne utwory to dalsze skakanie pomiędzy milionami pomysłów na eksperymenty.

I chyba to jest kluczowe w twórczości Grizzly Bear – słuchając ich muzyki nie można się nudzić. Jest tak wiele dźwięków, że płyta nie przeje się nawet po kilku przesłuchaniach z rzędu.  Co to oznacza dla słuchaczy? To, że najlepsze płyty to takie, do których się z przyjemnością wraca.

Patryk Siedliński