Guided by Voices – “Let’s Go Eat the Factory”

Guided by Voices – “Let’s Go Eat the Factory”
Fire Records/2012

Epoka dinozaurów.

Oto znowu są! Po ośmiu latach od wydania poprzedniego albumu, po raz pierwszy od 1996 roku w klasycznym składzie Pollard/Sprout/Mitchell/Demos. Legenda amerykańskiej muzyki garażowej odświeżyła nieco formułę komponowania lo-fi czterech ścieżek i kilkudziesięciosekundowych utworów, zawracając przy tym ze szlaku tworzenia długogrających płyt składających się z kompozycji o standardowych, kilkuminutowych rozmiarach. W czasach, gdy z wypiekami na twarzy wspominamy lata dziewięćdziesiąte, w których królowały “popsute” dźwięki serwowane przez Pavement, Neutral Milk Hotel czy The Microphones, GbV przywraca wiarę w gitarową “offowość”.

Wolta stylistyczna “Let’s Go Eat the Factory” również nie odbiega znacząco od chociażby kultowego “Bee Thousand”. Grupa wciąż kultywuje przekrojowe podejście do muzyki, nie stroniąc od czerpania wzorców z rockowej klasyki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, punkowej rzutkości, post-punkowego eklektyzmu oraz przebojowości wczesnych lat dziewięćdziesiątych rodem z R.E.M. Tradycyjnie już jest garażowo, stochastycznie, niechlujnie, co tylko potęguje wrażenie autentyzmu aranżowanych kompozycji. Ta szczerość bijąca wprost od muzyków jest wyrazem lekkości i naturalności, jaka znamionuje twórczość GbV. Najnowsze dzieło zespołu napiętnowane jest bezpośredniością, brakiem jakichkolwiek hamulców. Wypróbowaną i wciąż aktualną koncepcją są utwory, w których brakuje powtórzeń poszczególnych linii melodycznych, refrenów, co powoduje, że ta muzyka wiecznie gna do przodu.

Już od pierwszych taktów “Laundry and Lasers” wyczuwalna staje się “chemia”, jaka znowu zagościła w muzyce GbV. Krótko ujmując, jest “brudno”, głośno, zawadiacko, jakby na przekór wszelakim trendom. Takich utworów jest na całe szczęście więcej, jak choćby surowe “The Head”, post-punkowe “Spiderfighter”, pavementowskie “The Unsinkable Fats Domino” czy zamykające całość “We Won’t Apologize…”. Skoro mowa o przebojowości, to nie wypada nie wspomnieć o “Waves”, jakby idealnie wylosowanego z magicznego kapelusza z naszywką “klasyka indie rocka lat dziewięćdziesiątych”. Porównanie z R.E.M. nie będzie tutaj przypadkiem. Wystarczy tylko wysłuchać “Doughnut for a Snowman”, aby przekonać się, iż nawet koncept grania już nieco wtórnej i wyświechtanej muzyki z pogranicza pop, nie musi być ideą z góry skazaną na uśmieszki politowania wśród odbiorców. Podobnie jak z “wygładzonym” “Chocolate Boy”, które śmiało pretenduje do miana highlightu płyty.

Jednakże istnieje nieodparta impresja marnotrawienia ciekawych motywów w co poniektórych utworach, zniweczonych w kolejnych szkicach tworzących dane kompozycje. W tym przypadku, to jednak nie jest nowość, to wręcz myśl przewodnia współgrająca z poglądem członków zespołu na muzykę. “Let’s Go Eat the Factory” to świetna pozycja zarówno dla wiernych fanów GbV, jak i dla “świeżaków”, którzy obcowanie z ich muzyką rozpoczynają tym albumem. To także doskonały impuls do zaznajomienia się z solową dyskografią gitarzysty Tobina Sprounta, którego kondycja muzyczna na najnowszym krążku macierzystej grupy jest powodem do przyklasku.

W epoce permamentnych come backów coraz to większej liczby muzycznych “dinozaurów”, GbV nie wpisali się w konwencję powrotu dla samej kasy i splendoru. Powrócili za to z całkiem udaną płytą, o której co prawda niewielu wspomni przy okazji muzycznego podsumowania bieżącego roku, lecz warto poświęcić jej chwilę uwagi dla samej przyjemności poobcowania z czymś niemal żywcem wyjętym z bogatej muzycznie epoki lat dziewięćdziesiątych. Następna taka okazja przydarzy się… już w maju bieżącego roku, gdyż GbV planuje wydanie kolejnej płyty!

Marek Pawłat