Hanni El Khatib – “Head In The Dirt”

Hanni El Khatib  – “Head In the Dirt”
Innovative Leisure/2013

Porcja stylowego, garażowego rock’n'rolla.

Skateboarder, dyrektor kreatywny marki odzieżowej HUF, dyrektor artystyczny i właściciel wytwórni fonograficznej Innovative Leisure, w której wydaje własne płyty, fan nie tylko Led Zeppelin, Misfits, Black Sabbath, Van Morrisona i Nirvany, ale też A Tribe Called Quest i Mobb Deep. Hanni El Khatib. Jego nazwisko brzmi egzotycznie? Nic dziwnego, jego rodzinne korzenie to Filipiny i Palestyna. “Head in the Dirt” to drugi album urodzonego w San-Francisco muzyka, który obecnie rezyduje w Los Angeles. Wyprodukowana przez Dana Auerbacha płyta przynosi porcję stylowego garażowego rock’n’ rolla zamkniętą podobnie jak debiut w pół godzinie z okładem. Idealny czas trwania: znany z winyla (chociażby “Vincebus Eruptum” Blue Cheer i “Gris-Gris” Dr. Johna). Zbyt mało czasu, by znudzić odbiorcę, wystarczająco długo, by zaintrygować i przykuć jego uwagę.

Z czym kojarzą Wam się róża i czaszka na okładce płyty? Oczywiście Grateful Dead… Bardzo ciekawe nawiązanie do historii muzyki popularnej, nie będące przy okazji plagiatem, lecz raczej puszczeniem oka do zaprawionego w bojach widza/słuchacza. Klasyczne są też same kompozycje. Żadnej elektroniki, smyczków, wysublimowanych, wielopiętrowych aranżacji. Album został nagrany w niecały miesiąc i to moim zdaniem słychać -  jest surowy i świeży (najlepsze przykłady to “Pay No Mind” i “Family”). Pod indeksem nr 4 kryje się prawdziwy letni hit: “Penny”.

Nowy krążek Hanni El Khatiba to dzieło równe, każdy utwór ma tu swoje miejsce, dobrze słucha się go od początku do samego końca, a więc zamykającego kawałka o dosyć znamiennym tytule “House On Fire”.

“Head In Dirt” porównywany jest do Jona Spencera śpiewającego w The White Stripes. Jak mówi sam artysta, to “piosenki dla każdego, kto był kiedyś postrzelony lub potrącony przez pociąg”. I choć to raczej rodzaj ekspresyjnej metafory, coś musi w tym być. Za pomocą prostych środków: gitary, bębnów i wokalu (sporadycznie pojawiają się też organy Hammonda i organy Farfisa, sitar oraz fortepian), Hanni El Khatib przy udziale kilku kolegów (oprócz Dana Auerbacha wymienić należy Patricka Keelera i Bobby Emmeta) stworzył jedną z fajniejszych płyt tego roku. Bluesowa wibracja, energia, autentyczność. Tylko tyle i aż tyle… Plus ważna wskazówka – słuchać głośno!

Jakub Buszek