Hatifnats – “Before It Is Too Late”

hatifnats-before-it-is-too-late.jpg Hatifnats – “Before It Is Too Late”
EMI Music Poland/2009

“Like someone brand new” śpiewa przenikliwie wysokim głosem Michał Pydo w “World 2″, drugim utworze na pierwszej, dziewiczej, wyczekanej płycie zespołu Hatifnats. I naprawdę, debiutanckie Hatify brzmią w stu procentach jak “someone brand new”!

O żadnym polskim zespole od czasu poznańskich Much nie wypowiadano się tak dobrze. I podobnie jak w przypadku Much, oczekiwania te były niewyobrażalnie duże, koncerty na Openerze, OFFie, występ na Union Rock Festival – Hatifnats skutecznie chcąc/nie chcąc podsycały emocje oczekiwań i wymagań przec co bardziej niecierpliwych zaczęli nawet irytować (przyznam, że i sam dałem ponieść się tym emocjom). Premierę albumu przekładano wielokrotnie, od czerwca ukazywały się ciągłe informacje o “już na dniach wychodzącym albumie”.

I o to 25 września na półkach pojawił się “Before It Is Too Late”. Warszawskie trio miałem okazję widzieć parę razy na żywo, kiedy to naprawdę roznosili kluby i sceny w drzazgi. Byłem ciekawy jak ten zespół poradzi sobie i wykorzysta plusy studyjnego nagrania. Wyszło przecudnie. Na album składa się równe dziesięć, wypieszczonych i wymuskanych nagrań, które jednak nie tracą swojej zadziorności i energii. Widać, że zespół niezwykle solidnie zabrał się do pracy nad tym albumem. Znajdziemy tu znane już nam z poprzednich nagrań (np. na Offensynych składankach) takie utwory jak “Mathematix” czy “Walking In the Dark”, które zostały nagrane na nowo, od podstaw w studio, przez co zyskują jeszcze więcej przestrzeni, więcej głębi. Jest też znany z koncertów “Horses From Shellville”, który na krążku atakuje nas jeszcze większą siłą neurotycznych lęków. Pamiętacie na pewno “Uwaga, Jedzie Tramwaj” Lenny Valentino, dawka strachu, psychodelii i abstrakcji jest u Hatifnats nie mniejsza.

Dawno już nie słyszałem tak dobrze grającego gitarowo zespołu, pochodzącego z obszaru naszych granic administracyjnych. Album jest niebywale mocny, obok melancholijnych kompozycji znajdziemy także te, przy których nasze słuchawki siłą głosu będą wypełniały cały pokój (jak w “The Lost Boys”). “Polskie Radiohed”? Powrót new wave? Niech to każdy nazywa sobie tak jak mu wygodniej. Ja osobiście słyszę mieszaninę Menomeny, Blonde Redhead, krakowskiego New York Crasnals, a przede wszystkim najsolidniejszy polski debiut album w tym roku. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem ciary podczas odsłuchu, i to jakie ciary. Pokłony.

Krzysiek Żyła