High-Functioning Flesh – “Definite Structures”

High-Functioning Flesh – “Definite Structures”
Dais Records/2015

Stara szkoła industrialu.

To nie zaginiony album Nitzer Ebb, nie złagodzone oblicze Front 242 i nie wczesne demo My Life with the Thrill Kill Kult, mimo że wpływy każdego z tych projektów są w muzyce High-Functioning Flesh wręcz nachalne. Szukanie nowych brzmień na albumie z takim zapleczem jest jak szukanie fabuły w filmach Michaela Baya, a jednak te archaiczne dźwięki dostarczają bez porównania większej rozrywki niż “Transformers: Wiek Zagłady”.

Najczęściej pojawiającą się łatą w kontekście twórczości tego kalifornijskiego duetu jest “neo-oldschool EBM”, co brzmi mniej więcej tak samo absurdalne, jak “współczesna muzyka klasyczna”, ale rzeczywiście doskonale oddaje zawartość krążka “Definite Structures”. Wyraźnie czuć tutaj ducha lat 80., choć pod grubą wartą stylizacji kryją się producenckie rozwiązania, o jakich trzydzieści lat temu pionierom gatunku nawet się nie śniło. Sytuacja zbliżona do słynnego hołdu dla epoki VHSów – “Kung Fury”, gdzie celem nie było dokładne odtworzenie realiów końcówki poprzedniego stulecia, lecz wyhodowanie na powstałym z jej zwłok kompoście czegoś nowego.

Pierwsze przesłuchanie może być złudne. Zwłaszcza, jeżeli przy okazji wykonuje się jakąś inną czynność, do której muzyka stanowi zaledwie ścieżkę dźwiękową. Dokładnie każdy z utworów byłby potencjalnym hitem, gdyby przy takim graniu można było jeszcze pisać o hitach. Z początku owe “przeboje” sprawiają jednak wrażenie odegranych na jedno kopyto – tempo przez całe czterdzieści jeden minut pozostaje niezmienne, a wystukiwane bity to niemal przesterowany metronom. Mało tego, słuch przystosowany do współczesnych, głośnych, skompresowanych nagrań może mieć trudności w przyswajaniu dźwięków, którym bliżej do Stockhausena niż do Skrillexa. Jeżeli jednak bariery poznawcze zostaną pokonane, wyłoni się materiał, który można zapętlać w nieskończoność. Otwierające album “Hunger Cries” doskonale sprawdziłby się jako tło któregoś z filmów Gregga Arakiego. Agresywny, niemal skandowany, ale melodyjny w każdym jednym wersie wokal znakomicie kontrastuje z monotonnym podkładem w średnim tempie. Dzisiaj może wydawać się to nieprawdopodobne, ale kiedyś naprawdę młodzież bawiła się właśnie do takiej muzyki.

Zamykające album “Mistakes Were Made” przypomina, że swojego czasu industrial stał tuż obok funku, “Confuse the Call” to najlepsze z wielu na tym albumie odniesień do niegdyś popularnego samplowania ludzkiego głosu na bardzo szeroką skalę, z kolei “Afterbirth” pełnymi garściami czerpie z chłodnej elektroniki o belgijskim rodowodzie. Każdy z tych elementów działa na usługach charakterystycznego stylu High-Functioning Flesh, a za sprawą wymieszania inspiracji zaczerpniętych z trzech dekad muzyki elektronicznej powstał jeden z najbardziej interesujących albumów sceny dark independent w 2015 roku.

Jarosław Kowal