Howling Bells – “Heartstrings”

Howling Bells – “Heartstrings”
Birthday Records / 2014

Banalnie, ale z przytupem.

2 czerwca 2014 na sklepowe półki trafiło najnowsze wydawnictwo zespołu Howling Bells – “Heartstrings”. Na krążku – czwartym w dorobku grupy – znalazło się dziesięć luźno powiązanych ze sobą kompozycji.

Pierwszym zaskoczeniem na płycie, niekoniecznie pozytywnym, jest jej znikoma długość. Biorąc pod uwagę, iż od czasu wydania poprzedniego albumu grupa miała aż dwa lata na zebranie nowego materiału, trzydziestominutowe wydawnictwo wydaje się być lekkim rozczarowaniem. Skondensowanie utworów nie byłoby same w sobie niczym złym, gdyby w ślad za nim szła wysoka jakość kompozycji. Niestety, poza kilkoma wyjątkowo udanymi kawałkami “Heartstrings” wydaje się być stosunkowo przeciętne i mało zaskakujące.

Częściową odpowiedzialność za ogólny charakter płyty przypuszczalnie można zrzucić na karb zmian, tych prywatnych, jak i zawodowych, z jakimi w ciągu ostatnich dwóch lat musieli się zmierzyć członkowie australijskiej grupy. A zmian tych było, nie da się ukryć, całkiem sporo. Grupa postanowiła zrobić sobie przerwę i poświęcić się nowym projektom: wokalistka i gitarzystka Juanita Stein założyła zespół Albert Albert natomiast jej brat i gitarzysta Joel Stein postanowił spróbować swoich sił w solowej karierze. W międzyczasie na Juanitę spadło nie lada wyzwanie w życiu prywatnym, mianowicie narodziny pierwszego dziecka. Jak przyznaje sama artystka, wydarzenie to zatrzęsło posagami wyznawanej przez nią  hierarchii wartości i wywarło silny wpływ na jej dalszą twórczość. Jakby tego było mało, tuż po ogłoszeniu wielkiego coming-backu grupa podjęła decyzję o zmianie dotychczasowej wytwórni Cooking Vinyl na Birthday Records, a towarzyszącego Howling Bells od początku istnienia basistę Brendana Picchio zastąpiła londyńczykiem Garym Dainesem.

Klimat “Heartstings” można określić jako emocjonalnie sinusoidalny, bowiem trzon albumu wyznaczają wzajemnie przenikające się mocne i słabe akcenty. Howling Bells żonglerkę stylami opanowało do perfekcji: na płycie można znaleźć zarówno romantyczne ballady (“Paper Heart”), elementy country (“Tornado”), folku i rocka, jak i muzykę niepokojąco przypominającą musicale i kościelne chorały (“Euphoria”). Ten swoisty dualizm oraz konglomerat zastosowanych gatunków zdecydowanie wpływa negatywnie na odbiór płyty, gdyż przy przesłuchiwaniu “Heartstrings” na pierwszy plan wysuwa się brak spójności poszczególnych kompozycji, nie zaś ich muzyczna wartość.

Do nieszczególnie ciekawych utworów zalicza się między innymi “Euphoria” – nic nie wnosząca do albumu ballada, której zdecydowanie bliżej do banału niż do tytułowej euforii. Podobnie, pomimo pewnej dozy ukrytego potencjału i zastosowania urokliwego wątku pianina, prezentuje się niestety utwór “Paper Heart”. Jednym z większych rozczarowań jest “Reverie”, w którym interesujący, mocniejszy motyw rozpoczynający utwór zostaje przytłoczony przez mało oryginalny tekst i równie banalny pod względem muzycznym refren.

Żeby całkowicie nie deprecjonować nowego materiału należy wspomnieć, iż na “Heartstrings” znalazło się również parę całkiem niezłych kompozycji. Rozpoczynający “Paris” to niezwykle chwytliwy kawałek z gitarowymi riffami i elementami dream popu. Z kolei “Tornado” to kompozycja z pogranicza country i westernu, w której na główny plan wybijają się charakterystyczne bębny i mroczne wstawki. Do moich faworytów należą “Original Sin” oraz “Slowburn”- jedyne dwa mocniejsze kawałki na płycie. “Slowburn” – pierwszy singiel promujący płytę – to krótka, aczkolwiek pełna zadziorności i ciekawych momentów kompozycja. Z kolei “Original Sin” momentami przypomina nieco łagodniejszą wersję Dead Weather w lekko popowym wydaniu. Utwór, poza charakterystycznym, silniejszym wokalem, cechuje również interesujące przejście między pierwszą częścią kompozycji a refrenem.

Pomimo pewnych wzlotów wydawnictwo “Heartstrings” ma raczej znikome szanse na podbicie oryginalnością serc krytyków i zgarnięcie wysokich not w muzycznych rankingach. Mając jednak w pamięci poprzednie trzy płyty Howling Bells głęboko wierzę w ich ukryty potencjał, jak również w to, iż po zredukowaniu do minimum życiowych dystrakcji ten australijski zespół jeszcze nie jednym będzie w stanie zaskoczyć słuchaczy.

Dorota Szubska