Relacjeprzemek

Hundreds we Wrocławiu – nie tak, jak na płycie

Relacjeprzemek

Hundreds we Wrocławiu – nie tak, jak na płycie
Wrocław/17.11.2011

Największe odkrycie electro-popu – okazało się jeszcze genialniejsze w odsłonie koncertowej.

Wchodząc do klubu przed koncertem, już przy wejściu, odbiłam się od kartki na drzwiach ostrzegającej o wykorzystaniu w czasie koncertów stroboskopów, które mogą wpłynąć na zdrowie potencjalnych widzów, więc wiedz, że cos się dzieje! I faktycznie, w czasie koncertu okazało się, że żadna z 12 piosenek, jakie znajdują się na płycie rodzeństwa z Hamburga, nie brzmiała tak, jak na płycie. Żywsze, szybsze aranżacje, okraszone grą świateł, stroboskopów i wizualizacji, stworzyły pełnoprawne show, w którym wszystko było na mega wysokim poziomie: od oprawy wizualnej, po muzykę i głos wokalistki.

Eva Milner  - charyzmatyczna wokalistka, podskakująca cały koncert niestrudzenie po scenie, śpiewa przepięknym, czystym głosem, a jej brat, Philipp, obstawiony z każdej strony sprzętem przyjął rolę bardziej stateczną. Czasem tylko, przy żywszych klawiszowych solówkach, zrywał się na równe nogi ze swojego krzesełka. Muzyka przez cały czas uderzała mocniejszym bitem, żeby po chwili przejść w delikatne i zwiewne snucie, i na odwrót. Przez cały koncert, wykorzystano grę świateł i dymów, a na wielkim ekranie za sceną migały wzory geometryczne i obrazy o wysokim kontraście, a czasem po prostu kolorowe plamy świetlne, które otaczały publiczność i wokalistkę. Oczywiście najważniejsza w tym wszystkim nadal pozostawała muzyka: bogate w detale utwory zostały rozbudowane o “drugą cześć” -  pełne wyrazistego bitu, rozbudowane ogony, które obudziły nawet najbardziej zaspanych i zmęczonych, którzy pojawili się w czwartkowy wieczór w klubie.

Cieszę się ogromnie, że wreszcie pojawił się w klubie Puzzle zespół, który potrafił pokazać jego menedżerom, że mają ogromne zasoby sprzętowe, jeśli chodzi o oświetlenie i w końcu mogli wykorzystać je w pełni. Szkoda tylko, że zapewne wiedza ta odjedzie wraz z wyjazdem zespołu z miasta.

Osobne oklaski należą się suportowi. Tellavision, również z Hamburga, pokazała jak genialnie jedna osoba może radzić sobie z całym przebogatym instrumentarium, jakie zgromadziła na scenie. Za pomocą loopów, nagrywała dźwięki mniej lub bardziej skomplikowane, nakładała na siebie, przyspieszała lub zwalniała, a całość dawała wysmakowane, lekkie i delikatne kompozycje, które przed zobaczeniem na żywo zakładałam, że zostały wyprodukowane przy ogromnym nakładzie pracy i sporej ilości osób, chociażby do nagrania chórków.

Niestety po raz kolejny, świetny zespół we wrocławskim klubie grał dla prawie pustej sali. Szkoda, że tak dobre zespoły i tak genialne widowiska zazwyczaj w tym mieście przegrywają z lenistwem.

tekst + foto: Maria Grudowska