Insense – “Burn in Beautiful Fire”

Insense – “Burn in Beautiful Fire”
Indie Recordings/2011

Druga strona norweskiego medalu.

Norweska scena metalowa od lat uchodzi za najbardziej kontrowersyjną, a zarazem jedną z  najbardziej konserwatywnych na świecie. Niełatwo jest przebić dokonania młodych Norwegów, jeśli chodzi o bluźnierstwo i obrazoburcze czyny, o ile można wymyślić coś bardziej psującego krew niż morderstwa i palenie kościołów. Z drugiej strony, niezwykle trudne może okazać się dla młodego zespołu odżegnanie się od hord blackmetalowych fanatyków i stworzenie czegoś w zupełnie innym duchu. Jak udało się to ostatnie muzykom zespołu Insense? Przekonacie się czytając poniższą recenzję.

Otwierający album “Death for Me” zaczyna się zupełnie niewinnie, pozwalając z czasem uderzyć słuchacza zapętlonymi wielotonowymi riffami i potworną mocą sekcji rytmicznej. Dodam tylko, że całość przypomina odgłos walącego się ceglanego budynku. Sceptykom kręcącym nosem na sztampową konstrukcję utworu z pewnością spodoba się zróżnicowany wokal frontmana Tonego Hjelma. Ten popisuje się rasowym, gardłowym growlem, a czasem zaskakuje melodyjnym, chłodnym śpiewem tylko po to, żeby zakończyć piekielnym rykiem z wnętrza trzewi, a to przecież zdecydowany plus. Kolejny kawałek został opatrzony dość prostym video, które na internetowych serwisach bije rekordy popularności, biorąc pod uwagę wielkość zespołu. “Surviving Self Resentment”, bo taki tytuł nosi kawałek, przynosi następną porcję ciężkich, metalicznych dźwięków, do złudzenia przypominających odgłosy huty, kuźni czy nawet stoczni (walące młoty, syk pary, buczące siłowniki i sypiące się snopy iskier). Co więcej, otwierający riff pozostawia takie samo wrażenie, jak prawy sierpowy boksera wagi ciężkiej. A mówimy tu o ciosie na głowę.

Wspomniane kawałki dają chyba najlepszy obraz płyty. Utrzymane w średnich tempach kompozycje z dość toporną melodyką mogą kojarzyć się z dokonaniami Meshuggah, muzykom brak konsekwencji w tworzeniu niemalże nieistniejących linii melodycznych. Dlatego można by wspomnieć, że Norwedzy czerpią niejako inspiracje ze szkoły melodyjnego grania zza szwedzkiej granicy. Wystarczy dodać, że producentem albumu był szeroko znany Fredrik Nordström, odpowiadający za największe dokonania kapel z Goeteborga. Na szczęście można na płycie znaleźć również utwory wyłamujące się z kompozycyjnego schematu. Do takich z pewnością należą “Alone in a Crowd”, mniej agresywny, budujący nastrój dzięki klawiszom i smyczkom czy “Social Woes” uchodzący za jedyny, obok tytułowego, szybki kawałek z tego albumu. Jednak za najciekawszy utwór z pewnością można uznać “Envy the Dead”, przypominający ultraciężki walec, sunący powoli do przodu, miażdżący wszystko na swojej drodze bez chwili wytchnienia, aż do przerwy na melodyjną wstawkę z kobiecym wokalem w tle. Taki trik został zapewne zastosowany, żeby odciążyć całość.  Na koniec dostajemy iście jazzową improwizację na bębnach.

Ponieważ jest to czwarty album w dorobku grupy, być może za późno już, żeby wskazywać źródła inspiracji muzyków, nie przychodzi to jednak zbyt ciężko. Bez trudu odnajdziemy wśród nich szwedzką szkołę melodeathu, nu metal spod znaku wczesnego Korna, soczysty hardcore, a nawet echa doom metalu w stylu ostatnich dokonań Katatonii. Wokalnie Tony Hjelm zbliża się też od czasu do czasu do młodych zespołów zza Oceanu, na szczęście nie robi tego zbyt często, pozostając mimo wszystko nad wyraz utalentowanym frontmanem. “Burn in Beautiful Fire” to płyta godna polecenia wszystkim poszukującym nowości na europejskiej scenie metalowej. Powinna zadowolić zarówno starych wielbicieli szwedzkich klasyków z In Flames czy Soilwork, jak i młodocianych fanów amerykańskiego nu metalu w wykonaniu Deftones czy Drowning Pool.

Kuba Jaworudzki