Interpol – “El Pintor”

Interpol - “El Pintor”
Matador/2014

Jasne światła znów prosto w oczy.

Mówienie o tym, że Interpol “skończył się kilka lat temu” stało się tak nudne i irytujące, że starałem się ze wszystkich sił tę paplaninę lekceważyć. Po 2004 roku panowie wprawdzie tylko momentami nawiązywali do poziomu wyznaczonego przez dwa pierwsze albumy, ale totalne mieszanie z błotem okazywało się głupszym rozwiązaniem niż ignorowanie. Aż tak źle bowiem nie było i to chyba wymagania, jakie przed nimi postawiono były największym problemem. W pewnym momencie wydawało się, że marzenie “życzliwych”, którzy pragnęli by Interpol grali na koncertach jedynie utwory z “Turn on the Bright Lights” (a najlepiej tylko “Stella Was a Diver…”) lub w przeciwnym wypadku dali sobie spokój, spełni się, bo nagle nad nowojorczykami zebrały się czarne chmury. W 2010 roku zespół opuścił basista, Carlos Dengler, a pozostali członkowie postanowili od siebie odpocząć i skupili się na innych projektach. Teraz wracają i jest to powrót, który otwiera przed nimi kolejne drzwi. Jako trio udowadniają, że mają jeszcze coś do powiedzenia i wiedzą, jakich narzędzi do tego użyć. Cóż z tego, że niemal tych samych, co za każdym poprzednim razem. Interpol niech pozostaje Interpolem.

Na “El Pintor” (anagram nazwy zespołu i hiszpańskie słowo oznaczające “malarza”) nowojorczycy ożywiają więc niemal wszystko to, co czyniło z nich wyjątkową kapelę na scenie muzycznej, ale dodają też nieco świeżości. Znów jest gęsto, ponuro i melancholijnie, ale i chwile nieco radośniejsze także się zdarzają (głównie w “Everything Is Wrong” czy w “Same Town, New Story”). “All the Rage Back Home” to jeden z najlepszych utworów w dyskografii zespołu, a emocje wypływają tutaj niemal w każdej sekundzie. Podobnie rzecz się ma ze świetnym przebojowym “Anywhere”. Dowodów na to, iż talentu z pewnością nikt ich nie pozbawił jest tutaj dziesięć. Warto zauważyć, że Paul Banks na studyjnych albumach to zupełnie inna bajka niż w czasie występów na żywo, gdzie fałsze zdarzają mu się co kilka sekund. Tutaj wzniósł się na wyżyny swoich zdolności, czego potwierdzeniem falset w “My Blue Supreme” czy działająca na zmysły emocjonalność w “Breaker 1″. Kiedy w “Ancient Ways” śpiewa The city needs us to trzeba tylko przytaknąć.

Najlepsza płyta Interpol od czasów “Antics”? Nie mam żadnych wątpliwości. Czy spodoba się tym, którzy powtarzają, że zespół wypalił się w 2004 roku? Pewnie nawet nie posłuchają, ale o ich ocenie i tak już w większości przypadków zadecydowały stereotypy lub Pitchfork. Krytyka Interpol ustanie? Nie ustanie, ale zdecydowanie mniej zasadna jest już obecnie. Może warto się pogodzić z tym, że debiut nagrywa się tylko raz.

Michał Stępniak