Iza Lach – “Krzyk”

Iza Lach – “Krzyk”
EMI Music Poland/2011

W zasadzie wystarczy jedno słowo: CUDO!

“Te wszystkie śpiewające dziewczynki wyglądają jak jedna i ta sama dziewczynka” – słowa te wypłynęły z ust Elżbiety Zapendowskiej, kobiety, która podobno się zna na muzyce. Nigdy nie będę w stanie zrozumieć fenomenu programów telewizyjnych, w których chłopcy oraz dziewczęta starają się swoim głosem zainteresować jury i widzów. Palpitacji serca dostaję, gdy słyszę, że na podstawie fatałaszków, wokalu i wyboru cudzego repertuaru można dostrzec osobowość. Kończy się tak, że karierę da się zrobić przychodząc do studia telewizyjnego z problemami z tożsamością, nieobciętymi paznokciami i piosenką Guns n’ Roses na ustach. Zupełnie bez sensu. Jedna Brodka wiosny nie czyni. Była jeszcze Dąbrowska Anna, która dobrze się zapowiadała, ale wróciła do śpiewania cudzych piosenek i teraz wygrzewa się u boku “Diabła” w jury któregoś z nowych programów.

Po co to piszę? Ból bowiem odczuwam, gdyż jestem niemal przekonany, że Iza Lach nie zdobędzie w naszym kraju należnej jej popularności. Chciałbym to któregoś dnia odszczekać. Talentem i mądrym wyborem inspiracji przewyższa wszystkie telewizyjne stwory razem wzięte.

Tu nie chodzi o żaden “hype” ani podejrzaną reklamę – z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że “Krzyk” to jedna z najlepszych płyt, jakie pojawiły się w naszym kraju w ostatnich latach. Talent Izy można było już dostrzec na debiutanckim “Już czas” z 2008 roku, ale w życiu bym nie podejrzewał, że postęp będzie tak ogromny. “Krzyk” to w pełni autorski album 21-letniej piosenkarki (z malutką pomocą narzeczonego, Adama Lewartowskiego z L.Stadt) i warto o tym mówić głośno, bo okazuje się, że nie potrzeba wspomagania ze strony Budynia, Radka Łukasiewicza czy Bartka Dziedzica, by nagrać coś sprawiającego, że muzyka pop w naszym kraju nie kojarzy się tylko z wszechobecną mizerią.

Bardzo brzydkie są określenia w stylu “powiew świeżości”, “olbrzymia nadzieja”, ale w tym przypadku należy o nich wspomnieć. Obiecywałem sobie wiele i nie jestem w żaden sposób zawiedziony. Na “Krzyku” bywa przebojowo (zwłaszcza przegenialne “Nic więcej” i “Jeśli upadniesz”), ale nie samymi przebojami żyje człowiek, a sentymentalizm też dodaje uroku. Izie jest bliżej do Lily Allen niż Beyonce. Umiejętnie udało się połączyć brzmienie fortepianu i syntezatorów, a chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że i tak na pierwszy plan wychodzi świetny głos. Oczywiście, bez syndromu samouwielbienia jak w przypadku np. Bjork. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone i odnoszę wrażenie, że każdy element i każda minuta albumu zostały dogłębnie przemyślane. W “Machinie” Iza powiedziała: (…) im dłużej tworzę muzykę, tym częściej przekonuję się, że najbardziej podoba mi się to, co robię sama”. Okazuje się więc, że można stworzyć coś pięknego bez Marcina Borsa (był producentem pierwszej płyty Izy).

Liryki Lach krążą wokół relacji damsko-męskich. Bardziej pesymistyczny niż optymistyczny wyłania się tu obraz. Mamy więc rozstania, smutek, nostalgię. Nie są to teksty wybitne, aczkolwiek wypada zauważyć, że z pewnością uczciwe. Momentami granica grafomaństwa jest blisko (“Boję się”), ale takie wersy jak:  “Oddałam Ci tyle lat / Więc zabierz je sobie, a ja je odrobię” sprawiają, że jestem w stanie na potknięcia nie zwracać uwagi. Pamiętajmy, że chodzi tu o ambitny pop, a nie o poezję śpiewaną.

“Jeśli mnie znasz, wiesz, że zawsze będę śpiewać”
– słyszymy w “G.I.C.”. Cieszę się niezmiernie z tego wersu. Gdybym wieszał na ścianie plakaty polskich piosenkarek, to Iza Lach wisiałaby dziś wyżej niż Brodka czy Marcelina. Dziękuję za przywrócenie wiary w polską muzykę!

Michał Stępniak

Uwolnij Muzykę! jest patronem medialnym płyty.