IZA – “Painkiller”

IZA – “Painkiller”
Wyd. własne/2014

Owocne, artystyczne dojrzewanie.

Trzy lata temu polskim rynkiem muzycznym solidnie zatrząsł “Krzyk” (recenzja). Ostatecznie, nominacje do Fryderyków mają swoją wymowę. Jeśli pamiętają Państwo Izę Lach, obiecującą, stricte popową wokalistkę znaną z utworów: “Nic więcej” czy “Chociaż raz”, warto zaktualizować wiedzę. Jest bowiem nowe otwarcie, jest IZA. Nie czekała na szansę, raczej sama ją sobie stworzyła. Jej nowy album “Painkiller” to owocne, artystyczne dojrzewanie. W doborowym towarzystwie.

O całkowitym rozwodzie z popem nie mogło być mowy, album został zbudowany wokół niezmiennie ujmującego wokalu łódzkiej artystki. Interesująco brzmi “The Love You Fake”. Raz, bo to udana kompozycja. Dwa, bo przyjemnie słucha się tak oszczędnego, ale przejrzystego brzmienia bębnów. “I Will Never Ask For More” i “Undecided” to, za sprawą gości: The Airplane Boys i Soopafly, wyraźny ukłon w stronę hip-hopu. Jeśli konotacja sformułowania “wpadający w ucho” z góry nie kojarzy się źle, to z pewnością warto zwrócić uwagę na “Black Paint”. Do takich utworów się wraca. Co więcej, wplatając myślenie życzeniowe, proszę posłuchać i wyobrazić sobie przy okazji tej kompozycji duet Iza Lach – Selah Sue. Nic więcej.

Dziś jeszcze na moment wróciłem do “Krzyku”, by nabrać większego przekonania przed kolejnym zdaniem. Nowy rozdział w twórczości Izy nie wynika z przymusu czy ze słabości wcześniejszego materiału. A przecież po drodze powstała jeszcze płyta “Off the Wire” (recenzja), wyprodukowana przez Snoop Dogga. W zasadzie nic nie trzeba maskować. Kolejny krążek to  świadome odkrywanie własnej, naturalnej ścieżki. Albumem “Painkiller” Iza Lach staje się artystkę niszową, choć tylko w polskich warunkach. Przy odpowiedniej promocji i odrobinie szczęścia, Zachód przyjmie ten album z radością.

Tomasz Błaszkiewicz