James Vincent McMorrow – “Post Tropical”

James Vincent McMorrow – “Post Tropical”
Vagrant/2014

Plastikowo pastelowo.

Muzyka jest chyba jednym ze środowisk, które najbardziej śledzi trendy oraz promuje je wtłaczając podobne patenty do produkcji kolejnych płyt. Jednym z ostatnich popularnych schematów są młodzi mężczyźni z dość wysokimi, wręcz kobiecymi głosami, którym zakłada się zawsze ten sam filtr na wokal i którzy oscylują w rejonach popu z domieszką elektroniki (patrz: James Blake, Rhye). Modę na wrażliwego, głęboko zranionego chłopca, który opowiada o swoich nieszczęściach, zapoczątkował Bon Iver. W jego przypadku było to coś nowego, prawdziwego, coś, czego wcześniej na rynku brakowało.

I o ile w tym nurcie znajdziemy wielu wartościowych wykonawców, tak inne płyty nie wnoszą nic nowego do worka. Wiadomo, że zmierzam tu w kierunku zdania: “jedną z takich płyt jest nowy album Jamesa Vincenta McMorrowa”.

Może głupio to zabrzmi, ale nie jestem fanką piosenek trwających ponad 4 minuty. Według mojej teorii utwór powinien być zwięzły, zwarty, poniżej 3 minut, bo inaczej zaczyna nużyć. Albo już lepiej niech trwa 6, 7, nawet 15 minut, jak na nowym albumie Arcade Fire, gdzie długie utwory są gęstym zlepkiem wielu różnych podtematów.

Na płycie “Post Tropical” “są momenty”, jak mawiano w jednej ze starych, trójkowych audycji, ale niestety większość utworów przepływa smętnie stapiając się jeden w drugi. Wydawałoby się, że to po prostu zdarta skóra z Jamesa Blake’a, ale podczas gdy utwory Anglika mają wyraźną melodię i rozwinięcie, to piosenki McMorrowa, mimo iż obiecujące, w pewnym momencie tracą atrakcyjność i nużą tymi samymi patentami.

Zwalam winę na bezużyteczną modę i podszeptywanie producentów, ponieważ widziałam fragmenty koncertu McMorrowa z Lisą Hannigan, na którym doszła do głosu folkowa, irlandzka dusza piosenkarza, niezmącona plastikową nadbudową, jaką stworzył na albumie “Post Tropical”.

Weronika Makowska