Japoto – “Japoto”

Japoto – “Japoto”
Luna Music / 2010

Wspaniały misz-masz.

Na samym początku muszę napisać, że była to jedna z najtrudniejszych recenzji do napisania. Nie tylko dlatego, że materiał, na którym musiałem się skupić był dość zawoalowany i niejednoznaczny, ale także z powodu zmieniającej się opinii. Kochałem tę płytę i nienawidziłem jednocześnie. Dopiero osłuchanie się po niezliczonych próbach przyniosło rezultat, który mnie zadowalał. Do samego napisania owej recenzji powstawało kilka szkiców, niemniej jednak w końcu udało mi się stworzyć w miarę spójny obraz tego, czym jest Japoto – supergrupa złożona z muzyków na co dzień poruszających się w przeróżnych gatunkach muzycznych, tworząc dziwny, z pozoru dość niespójny kolaż osobliwości połączonych jednak pod sztandarem wielkiego wodza grupy, Damiana Pielki.

O szczegółach powstawania albumu albo o samej postaci Damiana poczytać możecie tutaj, jednak w przypadku samego Japoto warto skupić się także na innych członkach. Z niezawodnych jak zawsze notek prasowych można dowiedzieć się, że muzycy grywają bądź grywali w takich grupach, jak Pogodno, Hey, 100nka czy w kolektywie Lecha Janerki. I z pewnością to rozstrzelenie stylistyczne sprawiło, że muzyka Japoto ma w sobie coś z drapieżności i psychodelii łącząc to zgrabnie spiętą melodyką i rytmiką. Tutaj jazz łączy się z funkiem, elektroniką, rockiem. Daje nam to smaczną muzyczną ucztę, a zespół wciąż trzyma kilka asów w rękawie.

Pierwszą wielką niespodzianką jest wokalista. Krzysztof Zalewski, znany bardziej jako Zalef, finalista polsatowskiego Idola, niegdyś w zwiewnych, długich włosach, uroczy Pan Metal, przetransformował siebie i swoje gusta. W Japoto pokazuje, że jeżeli chodzi o interpretację, chłopak ma smykałkę. Od quasi-pogodnowych rymowanek (“Euforia”), partii falsetowych (“Something”) po przyjemnie zachrypnięty baryton w “Me”). Dobry pokaz jego możliwości wokalnych.

Drugim ważnym elementem w twórczości Japoto są elektroniczne ozdobniki, które ubarwiają kompozycje. Czasem przebrną gdzieś w postaci delikatnych ambientowych glitchów, czasem grają główną rolę piskami, hałasami, zdarzają się także użycia beat-maszyn, instrumentalnych sampli. Tak duża różnorodność sprawia, że przy każdym przesłuchaniu można doszukać się  czegoś zupełnie nowego, odkryć dany utwór z nowej perspektywy. Taka dokładność w budowaniu detali jest świetna, jeśli chodzi o nagranie albumu. Szkoda jednak, że w wykonaniach na żywo zespół nie ma tak dużej możliwości manewrowania elektroniką, przez co utwory brzmią bardziej surowo. Nie jest to zarzut, ponieważ w takiej formie muzyka dostaje potężnego kopa, jednakże czasem odczuwa się pustkę, pomimo tego, ile muzycy robią na scenie.

Istotne dla samego Japoto jest to, kim są ludzie ją tworzący i co do ich profesjonalizmu nie ma najmniejszych wątpliwości. Choć na całej płycie słyszymy podobne motywy, funk, dub, jazzowe skale, to każdy z utworów może poszczycić się innymi inspiracjami. “Euforia” zahaczy o rejony Pogodno, głównie za sprawą wokalu i gitarowego motywu przewodniego (w kawałku możemy usłyszeć zresztą samego lidera szczecińskiej grupy – Budynia). “Nie wiem” zagra nam frazy żywo czerpiące z eksperymentalnego rocka, pełnego zapętlonych hałasów, modulowanego śpiewu, transującego basu, a “It’s Time” oprócz polsko-angielskiego tekstu zaserwuje nam dawkę ozdobników w formie trąbek czy fletów.

“Japoto” to album wielu przesłuchań, ale także wielu szans. Z początku pewne fragmenty mogą być dość ciężkie do przebrnięcia, stąd też nieraz odczuwałem nutę zrezygnowania. Jednak, kiedy wróciłem do tej płyty po pewnym czasie, by przesłuchać ją ponownie, na spokojnie, zwracając uwagę na wszystko, co wokół niej się dzieje, można zauważyć, jak ciekawie skonstruowana, bogata w doświadczenie wykonawców jest ta muzyka. Te utwory nie powstawały szybko, tutaj widać perfekcjonizm, każdy dźwięk ma swoje miejsce. Dzięki temu Japoto udało się stworzyć początek monumentalnego dzieła, pełnego wirującego seksu, połamanego rytmu i słodko-gorzkiej rzeczywistości. Czekam na “dwójkę”.

Kuba Serafin