Jazzpospolita – “Impulse”

Jazzpospolita – “Impulse”
Ampersand/2012

Niesłabnąca siła balonowej improwizacji.

Już po premierze debiutanckiego krążka warszawskiego kwartetu, sporą niewiadomą stał się ich dalszy muzyczny szlak. Przyklaskom nie było końca, co w mgnieniu oka przekuto na ideę nowego zbawiciela polskiej sceny okołojazzowej. Jednakże tamto wydawnictwo pozostawiło po sobie niezatartą impresję dzieła nie w pełni oddającego wszelaką artystyczną inwencję zespołu. Album “Almost Splendid”, będący absorbującą syntezą nu jazzu i post-rocka z nutką niepokornej psychodelii, pozostawił po sobie donośne echo, które walnie przyczyniło się do dopompowania balonika z napisem “Jazzpospolita”. Z balonika zrobił sie całkiem sporych rozmiarów balon, co w żaden negatywny sposób nie przerodziło się w groźbę hucznego, lecz rozczarowującego wybuchu. Wręcz przeciwnie – w rezultacie patrzymy na okazały, kształtny balon, a cała reszta towarzyszących efektów to już wyłączna sprawka lekko “podjazzowanych” muzyków.

Istnieje kilka niezłomnych przesłanek będących motorem napędowym “Impulse”. Najdosadniejszym tytułowym implusem jest niebagatelny wpływ doświadczeń koncertowych, co stało się następstwem mnogich występów na żywo. Sami muzycy przyznają, iż kluczową inspiracją do uformowania się albumu w znanej wszystkim formie było “otrzaskanie się w warunkach bojowych na scenie”. Poprzez oddziaływanie tejże autopsji, Jazzpospolita podążyła w stronę nieodłącznego elementu muzyki jazzowej, czyli eksperymentu, a ściślej improwizacji. Dzięki swobodniejszemu podejściu do tworzenia nowego rozdziału w historii grupy, rozdźwięk zyskała retoryka tej płyty, głównie za sprawą instrumentu gitarowego Michała Przerwy-Tetmajera, co oznacza gęstszą kooperację nu jazzowej tradycji z post-rockowymi i psychodelicznymi korzeniami. Dodając do tego zintensyfikowaną sekcję rytmiczną, otrzymujemy muzykę, która potrzebuje więcej wolnej przestrzeni we wspomnianym balonie.

I tak dochodzimy do meritum sprawy, czyli obiecującego “Co myślisz o wandalizmie?”. Wandalizmu samego w sobie jestem zagorzałym przeciwnikiem, lecz na ten wybryk w wykonaniu Jazzpospolitej jestem w stanie przymknąć oko. Klawisze ochoczo współpracujące z nadętą sekcją rytmiczną, w pewnym momencie otrzymują posiłki za sprawą nieokiełzanej gitary Przerwy-Tetmajera. Tej energii wystarcza zespołowi jeszcze na kilka utworów utrzymanych w podobnej konwencji. Bez chwili wytchnienia przechodzimy do patetycznej “Czerwonej flagi”, która od pierwszych sekund imponuje melodyjnością i precyzją wymierzonych w ucho słuchacza dźwięków. Jak zaczęli, tak i skończyli. Niespokojny, intensywny “Grzyb”, oraz dryfujący w otchłanie progresywnego rocka “Protest Song?”, to klarowny dowód na kontynuację ucieczki w jazz-gitarową przestrzeń, lub jak kto woli przepaść.

Nie byłoby jednak tej nieszablonowości “Impulse”, gdyby nie “Pasażer U-Boota” oraz “Nigdy nie pada na górnym Mokotowie”. W tym momencie całą parą w ruch idzie eksperyment z subtelnym tonowaniem dźwięków, uwypuklaniem poszczególnych instrumentów, kontemplacją stanu umysłu ludzkiego, co jawnie przejawia się w psychodelicznym ustosunkowaniu do muzyki improwizowanej. Zwłaszcza “Nigdy nie pada…”, to niczym nieskrępowana improwizacja zataczająca kręgi ambientu. Obydwa fragmenty są jak niebo spowite gęstymi chmurami, przy czym cała sytuacja wydaje się być nieco oderwana od rzeczywistości.

Ciężko o jakiś konkretny zarzut w stosunku do “Impulse”, lecz pozostaje lekkie poczucie braku przysłowiowej “kropki nad i”, co bierze się ze świadomości niesłabnącego potencjału kwartetu. Ten album to mimo wszystko doskonała propozycja zarówno dla koneserów jazzu, jak i miłośników niezależnego gitarowego grania. Może to i dobrze, że przy okazji tego albumu balonik oczekiwań nie pękł. Pozostaje wiara, że następne dokonania tej bardzo obiecującej grupy nie pozostaną w tyle za wciąż wysokimi oczekiwaniami i aspiracjami muzyków Jazzpospolitej.

Marek Pawłat