Joe Goddard Feat. Mara Carlyle – “She Burns”

Joe Goddard Feat. Mara Carlyle – “She Burns”

Muzyka taneczna wkracza do opery!

Muszę się Wam przyznać, że koło albumów Hot Chip zwykle przechodziłem dość obojętnie. Jedynie pojedyncze single były mnie w stanie poruszyć i to zwykle te z parkietowym przytupem. Z produkcjami i remixami autorstwa Joe Goddarda sprawa ma się jednak zupełnie inaczej.

Obok Jamesa Murphy’ego (założyciela DFA Records i byłego  lidera dezaktywowanego w 2011 roku LCD Soundsystem), to  właśnie muzyk Hot Chip potrafi nadać tanecznego charakteru  zwyczajnym zdawać by się mogło alternatywnym kawałkom.  Wystarczy wspomnieć jego zapadające w pamięć remixy  utworów “Trumpalump” DELSa oraz “Garden” Totally Enormous Extinct Dinosaurs. Goddard dzięki swej producenckiej maestrii nadał im wyjątkowego tchnienia i głębi.

Jego geniusz ujawnia się znów w kawałku pt. “She Burns” z gościnnym udziałem Mary Carlyle (na co dzień mieszkającej i tworzącej w Londynie wokalistki, która ma już na swoim koncie współpracę m.in. z Plaid i Matthew Herbertem), który znajdzie się na przygotowywanej właśnie EP-ce o nazwie “Taking Over”. Sama artystka słynie z zamiłowania do muzyki klasycznej i lubi twórczo reinterpretować kompozycje  powstałe nawet kilka stuleci wcześniej (m.in. arię “Dido’s Lament” z opery Henry’ego Purcella pt. “Dido and Aeneas”). Nie przypadkowo odniosłem więc wrażenie, że wspólnie z  Goddardem podjęli się próby zamachu na zastany porządek rzeczy i ze sporym wyczuciem usiłują wprowadzić alternatywną muzykę taneczną w zupełnie nową, nieznaną jej dotąd przestrzeń. Mara Carlyle jest swego rodzaju łącznikiem, a w zasadzie diwą, która pomaga kompozytorowi-dyrygentowi w tym niezwykle odważnym przedsięwzięciu.

Ośmiominutowy, wręcz epicki utwór rozpoczyna się dość niewinnie – Mara  cedzi  swoje kwestie i wzdycha, lecz niedługo potem następuje erupcja  silnych  skumulowanych emocji. W tle pojawiają się wtórujące jej głosy oraz chór. Pozostałymi elementami składowymi kompozycji są: niezmienny beat,  przeszkadzajki, elektroniczne zgrzyty, szumy, dźwięki kosmicznych  przekaźników  i jazgoty. Całości dopełnia wyrazisty trel śpiewaczki. Odczuwalna atmosfera  beztroskiej zabawy na przemian miesza się z powagą,  flirt przeradza się w  płomienne uczucie, a powierzchowne emocje wydają się  być jednak silnym  wewnętrznym przeżyciem. Utwór płonie żywym, acz  niegroźnym dla życia  ogniem. Tak właśnie powinna brzmieć muzyka operowa przyszłości!

Szymon Matlak