John Carpenter – “John Carpenter’s Lost Themes”

John Carpenter – “John Carpenter’s Lost Themes”
Sacred Bones/2015

Ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu.

W 2012 roku, w recenzjach albumów “Kill for Love” Chromatics oraz “Dead as a Dodo” Joy as a Toy, sugerowałem, że inspiracje twórczością Johna Carpentera nasilają się tak bardzo, że prawdopodobnie blisko siedemdziesięcioletni reżyser przeżyje wkrótce drugą młodość jako gwiazda muzyki elektronicznej. Zwiastunów było zresztą znacznie więcej, zwłaszcza w filmach klasy B (na przykład “Gość”, gdzie można usłyszeć między innymi S U R V I V E) oraz klasy Z (najświeższy przypadek to “Bombshell Bloodbath”, które zostało ubrane w ścieżkę dźwiękową przez Matta Hilla vel Umberto). Właściciele Sacred Bones – wytwórni mającej na koncie współpracę z innym reżyserem, Davidem Lynchem, a także z Zola Jesus, Pharmakon czy Marissą Nadler – jako pierwsi zrozumieli, że warto sięgnąć do źródła nasilającego się trendu i chociaż najprawdopodobniej Carpenter nigdy nie wystąpi na Offie czy Primaverze, wreszcie ukazał się jego debiutancki album.

Motywacje do sięgania po instrumenty bywają różne. U niektórych (zwłaszcza w wypadku muzyki jazzowej) są one dziedziczone, inni widzą w tym drogę do łatwego podrywu (na przykład The Stooges), u Carpentera zadecydował czynnik finansowy. Nie była to jednak perspektywa zarobienia dużych pieniędzy, lecz ekstremalnie niski budżet jego pierwszego filmu – “Dark Star”. Na całą realizację przeznaczono sześćdziesiąt tysięcy dolarów (dla porównania jeden z najgorszych filmów science-fiction w historii kina – “Battleship” kosztował dwieście dwadzieścia milionów), w związku z czym konieczne było przyjęcie na siebie wielu ról. W ten sposób młody reżyser stał się zarazem kompozytorem. Jego motywy z “Halloween”, “Ucieczki z Nowego Jorku” czy “Coś” są dla wielu równie znaczącym wkładem w historię muzyki, jak “Light My Fire” albo “Gimmie Shelter”. Carpenter w wersji audio, bez wsparcia potworów z kosmosu i seryjnych zabójców, dostarcza jednak zupełnie nowych doznań.

Najwyraźniejsza różnica to jakość. Reżyser zdecydował się na skorzystanie ze wsparcia syna (Cody’ego) oraz syna chrzestnego (Daniela Daviesa, współtwórcy ścieżki dźwiękowej do “Ja, Frankenstein”), dzięki którym jednocześnie zachowana została syntetyczna esencja brzmienia Carpentera, a jednocześnie pojawiło się dla niej znacznie więcej przestrzeni. Nawarstwione dźwięki wygenerowane przez keyboard, jaki można znaleźć na pierwszy lepszym rynku w Polsce (ewentualnie w muzeum) zostały wyparte przez solidną pracę studyjną, ale autorzy “Lost Themes” doskonale wiedzieli, czego będą oczekiwać słuchacze – motorycznego bitu, syntezatorów o maksymalnie odczłowieczonym brzmieniu, tu i ówdzie jakiejś partii gitarowej. Album powstawał zresztą w warunkach doskonałych. John i Cody na zmianę grali w gry wideo oraz improwizowali, a później wraz z Danielem pocięli i dopracowali zgromadzony materiał. W sumie zajęło to kilka lat, a pomyślane było raczej jako rozrywka niż jako materiał zdatny do publikacji.

“Lost Themes” nie jest kompilacją zaginionych motywów, ale słuchając na przykład “Night” albo “Mystery”, niemalże czuć oddech Michaela Myers na karku, z kolei przy “Domain” bezwarunkowo pojawia się wizja z Kurtem Russellem próbującym uciec z kolejnej post-apokaliptycznej metropolii. Nie ma w tym za grosz wirtuozerii, ale każde z tych prostych nagrań ma unikalną, niezwykłą atmosferę. Być może twórczość wyrastająca ze stylistyki lat 80. (a właściwie jeszcze 70.) będzie zbyt odległa dla fanów nawiązujących do niej projektów pokroju Chromatics czy Health. Jestem jednak pewien, że każdy, kto już zdążył pokochać muzykę Johna Carpentera będzie usatysfakcjonowany.

Jarosław Kowal